Ta strona nie może być wyświetlana w ramkach

Przejdź do strony

Jeśli znajdziesz błąd ortograficzny lub merytoryczny, powiadom mnie, zaznaczając tekst i naciskając Ctrl + Enter.

Idy Marcowe

Raffaele Giannetti, Ostatni Senat Juliusza Cezara
Raffaele Giannetti, Ostatni Senat Juliusza Cezara

Opowiadanie Pani Joanny Morgan – pasjonatki kultury antycznej – która w wolnych chwilach pisze opowiadania umiejscowione w świecie antycznego Rzymu. Jak twierdzi autorka, opowiadanie jest „rezultatem badań, jakie poświęciłam wydarzeniom z 44 r. p..e., w szczególności sylwetkom konspiratorów, ich rodzinom, wzajemnym sojuszom.

Część I

Noc jest zwodnicza. Nocą budzą się ludzkie lęki i demony. Wypływają na powierzchnię najskrytsze pragnienia, bo noc jest ich sprzymierzeńcem . Zatruwają one obraz dnia.
Noc bywa największym wrogiem człowieka.

Noc poprzedzająca Idy Marcowe nie była spokojną w wielu rzymskich domach.
W starej rezydencji Serwiliuszy służba pozostawiła zapalone kandelabry i pochodnie, aby główne atrium i przylegające do niego boczne przejścia były dobrze oświetlone. Również i tablinum pana domu nie tonęło w zupełnym mroku.
Brutus nie potrafił jednak znaleźć sobie miejsca. Krążył niespokojnie po pomieszczeniach i korytarzach, przemknął przez główną część rezydencji niczym zbłąkany duch. Nie potrafił się tam zatrzymać na dłużej. Może dlatego,że spoglądały na niego popiersia przodków, a wraz z nimi spoglądała pięćsetletnia historia Republiki. Wydawało się, że te twarze, zastygłe w kamieniu, chcą przekazać mu niezwykle ważną prawdę, a on nie jest w stanie jej odczytać.
Zadawał sobie w duchu jedno pytanie. Co jest w życiu ważniejsze: lojalność wobec bliskich osób czy wierność Republice i jej starym zasadom? I szybko sam sobie odpowiadał : Dziś nikt nie dba o zasady, nie potrzebuje wartości. Liczy się władza, stanowiska, to, jak postrzegają nas inni.
Brutus zawahał się przez chwilę. Zawsze żył bardziej historią niż chwilą obecną. Ten świat współczesny był labiryntem, z którego nie widział drogi wyjścia. Ludzie byli interesowni, uganiali się za stanowiskami, pragnęli sławy i rozgłosu. Brutus wyżej cenił sobie traktaty filozoficzne, dysputy o sensie istnienia niż cały ten świat zewnętrzny, ze wszystkimi jego słabościami i małostkami. Gardził tym co interesowało innych . Majątku i tak nie musiał pomnażać, od zawsze był bogaty.

Tułał się po swoim wielkim domu jak duch, aż przystanął na moment przed drzwiami sypialni. Porcja! Czy spała?
Jeżeli jutro poważy się na ten krok, to tylko dla niej. Ostrożnie zajrzał do środka. Blade światło padało na jej delikatną twarz. Spała.
Niech śpi, nie będzie jej budził. Niech ktoś znajdzie wytchnienie w tę noc. Oddalił się spiesznie od drzwi sypialni. Nie widział tego momentu, gdy Porcja otworzyła szeroko oczy i spojrzała w kierunku drzwi. Mało spała tej nocy,ale czuła, że nie może być teraz z mężem. To jego chwila, to jego decyzja. Jeżeli jest prawdziwym potomkiem Brutusa i Ahali, stanie na wysokości zadania.
Brutus powlókł się na nowo do atrium. Błąkał się pomiędzy popiersiami swoich przodków. Dotykał ich twarzy.
Lucjuszu Juniuszu Brutusie! Ojcze Republiki, przemów! Przycisnął rozpalone czoło do zimnego głazu. Ty nie wahałeś się, gdy w grę wchodziło dobro Republiki! Miałeś odwagę przegnać królów, tych którzy byli okrutni i nikczemni. A ty, Ahalo! Zaśpiewałeś swoją pieśń złoczyńcom! Obaj ocaliliście Republikę!
A jednak serce Brutusa biło innym rytmem. Słyszał również zupełnie inny głos.
„Juliusz Cezar to nie Tarkwiniusz!”
Juliusz Cezar! Stanął mu przed oczami. Okrzyknięty wrogiem publicznym na tajnym zgromadzeniu! Uznany za kata Republiki i tyrana.
Kim jesteś Juliuszu Cezarze? Przyjacielem? Nie, nigdy nim nie byłeś. Brutus pomyślał o tych wszystkich sytuacjach, gdy Cezar go zawiódł. O tym, gdy obiecywał coś innego, a jego późniejsze postępowanie przeczyło wcześniejszym obietnicom. Tak postępuje przyjaciel? A zatem dziwna to przyjaźń.
Kim jesteś Juliuszu Cezarze? Mentorem?Brutus odrzucił i tę możliwość.
Czego mógł się nauczyć od niego? Przywołał w pamięci wszystkie godziny rozmów, planów, nadziei… Cezar potrafił obrócić wszystko wniwecz. Był kłamcą , bo tylko znakomici kłamcy osiągają sukces w życiu.
Brutus szedł bez celu, mijając wszystkie rzeźby w atrium .
Wyczerpany padł wreszcie na kolana przed nimi i gorzko zapłakał:
-Czego wy wszyscy ode mnie oczekujecie? Czego? – wyszeptał rozpaczliwie. Ale zimne posągi nie odpowiedziały na to pytanie.
Padł na posadzkę czekając na świt.

W domu Najwyższego Kapłana drzwi otworzyły się gwałtownie. Mroźny wiatr wtargnął do środka, gasząc wszystkie lampy. Czuwający obok niewolnik poderwał się szybko i ruszył do drzwi, zamykając podwoje.
Kalpurnia przewracała się niespokojnie z boku na bok. Jej czoło zroszone było obfitym potem, twarz wykrzywiła się w cierpieniu. Nagle zerwała się z głośnym okrzykiem z posłania. Gajusz Juliusz Cezar nie spał. Schwycił ją za ramię próbując uspokoić:
– To tylko zły sen, Kalpurnio. Nic więcej – usłyszała jego kojący szept. Oddychała ciężko rozglądając się niepewnie po wnętrzu.
– Co ci się śniło? – zapytał z uśmiechem. Teraz jako żona Najwyższego Kapłana powinna go uraczyć opowieścią , którą będzie mógł później pochwalić się w kręgach towarzyskich.
– Trzymałam w rekach togę. – Kalpurnia zwróciła na niego swoje jasne, piękne oczy – Była cała we krwi. – wyszeptała z przestrachem.
– To tylko sen – powtórzył Cezar.
– A jeśli… jeśli jest proroczy? – odważyła się zapytać. Ich oczy przez chwilę się spotkały. Badali się niczym doskonali znawcy tematu, wreszcie Kalpurnia odwróciła wzrok.
-Wiem, nie wierzysz w sny – stwierdziła spokojniejszym tonem -Uwierzyłbyś , gdyby cię przestrzegł egipski wróżbita. – dodała uszczypliwie.
Pokiwał głową ze spokojem.
– Twoje słowa znaczą dla mnie równie dużo – dodał z naciskiem.
Teraz dostrzegł, że ona cała drży. Zrobiło mu się jej żal.
– Chodź, napijesz się czegoś gorącego. I porozmawiamy spokojnie jak za dawnych czasów. Tej nocy już spać nie będziemy.
Cezar był dziwnie zamyślony od czasu obiadu, który zjadł w domu Lepidusa. Na pytanie jak chciałby odejść z tego świata, odpowiedział ” Szybko”.
Teraz zastanowił się nad sensem tego co powiedział. Te słowa napełniły go pewną obawą. Ale nie chciał wracać pamięcią do tego wieczoru. Udało mu się uspokoić Kalpurnię, rozmawiając z nią tak jak kiedyś. Znów byli parą dobrych przyjaciół, którzy cenią sobie swoje towarzystwo. Czasami wolał mieć obok siebie Kalpurnię, bardziej niż Kleopatrę, bo rozsądek tej pierwszej brał górę nad pasją życia tej drugiej. Kalpurnia znała ten świat, reguły wśród których się wychował i przez to była mu bliższa. Kleopatra była niczym orientalny kwiat, który wyrwał z naturalnego środowiska i próbował przeszczepić na obcy grunt.
Teraz, gdy tak siedział niedaleko paleniska i trzymał dłonie Kalpurnii w swoich, był wdzięczny losowi,że postawił na jego drodze tę właśnie kobietę.
Godziny mijały, a oni, pogrążeni w rozmowie, nie zauważyli,że nastał świt.
– Wracaj do łoża , odpocznij jeszcze – powiedział Cezar do żony.
– A ty?
– Dziś są Idy. I to zebranie, na które nalegali senatorzy. Muszę na nim być.
– Gdzie się odbędzie?– spytała markotniejąc.
– W Teatrze Pompejusza.
Znów ogarnęło ją niejasne przeczucie.
– Musisz być na tym spotkaniu? – zapytała.
– Nie przejmuj się. Idź, odpocznij.
– Może jednak je przełożysz? – zaczęła nalegać. – Nie spałeś prawie całą noc, wkrótce czeka cię wyprawa na Partów …
– Nie myśl o tym teraz. Wracaj do siebie. …
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale ją powstrzymał. Położył palec na jej ustach. Uśmiechnęła się lekko, ale niepokój w jej sercu pozostał.

Ranek wstał nad domem rodziny Kasjuszy.
Junia Tercja zastała męża w perystylu, ubranego i gotowego do wyjścia.
– Kiedy wstałeś? – zapytała dotykając niepewnie jego ramienia.
– Niedawno – odparł wymijająco Gajusz Kasjusz.
Tak bardzo chciała poznać jego myśli, ale te ostanie tygodnie znów sprawiły, że był dla niej jak obcy.
– Co się dzieje ? – zapytała z trudem, czując, że łzy napływają jej do oczu. -Ty i mój brat nie jesteście ostatnio sobą. Brutusa potrafię zrozumieć, zawsze taki był, ale ty… – wyszeptała.
Kasjusz przyciągnął ją do siebie.
– Ufasz mi , prawda? – zadał pytanie.
– Bezgranicznie – odparła.
– Więc zaufaj mi i teraz – odrzekł spiesznie – To, że nie mogę wyjawić ci prawdy, nie oznacza, że przestałaś być dla mnie ważna. A to co zamierzam uczynić, uczynię z myślą o przyszłości naszej rodziny, z myślą, aby nasze dzieci dorastały w innym świecie niż ten, w którym przyszło nam żyć…
Junię przeraziły te słowa. Chciała coś rzec, ale nagły głos niewolnika uprzedził ją:
– Dostojny Decimus Juniusz Brutus .
– Mój kuzyn? Tak wcześnie rano? – zdziwiła się.
– Proszę, zostaw nas samych – rozkazał nerwowo Kasjusz. Niechętnie opuściła perystyl, spotykając w drzwiach wyjątkowo pochmurnego kuzyna.
– Co ty tu robisz? – ofuknął go Gajusz Kasjusz – Nie powinniśmy się spotykać u mnie w domu. Mieliśmy się spotkać na miejscu, w teatrze…
– Cezar przysłał wiadomość, że z powodu złego samopoczucia nie będzie go na obradach. Marek Antoniusz ma je poprowadzić w jego imieniu.
– Co takiego?!
– To co słyszysz.
Kasjusz zaczął nerwowo krążyć po perystylu.
– Nie możemy do tego dopuścić.
– W tej sytuacji niewiele można zrobić.
Kasjusz uderzył w stojący obok dzban, a ten spadł ze stołu i potoczył się po posadce.
-Czy ty wiesz co mówisz?! Teraz jest już za późno na wycofanie się. My już nie mamy takiej możliwości. Jeżeli dwie lub trzy osoby znają pewną tajemnicę, to ona przestaje być tajemnicą. A my nie mówimy o dwóch czy nawet trzech osobach, ale o kilkudziesięciu. To co planowaliśmy ujrzałoby światło dzienne. I wtedy to byłby nasz koniec. Chcesz tak skończyć?- zapytał gniewnie Decimusa.
– To co mam czynić? – odparł ponuro zapytany.
– Pójdziesz do domu Cezara i przekonasz go, żeby wziął udział w obradach. Musisz go sprowadzić do Teatru Pompejusza…
– Ale jak?
– Wymyśl coś. Cezar ci ufa. Jesteś jedną z nielicznych osób, którym naprawdę ufa. Nie ma czasu do stracenia. Idź i wyciągnij go z domu.
Decimus chciał jeszcze oponować, ale Kasjusz wypchnął go z perystylu – Spiesz się.

Kalpurnia nie mogła znaleźć sobie miejsca cały ranek. Służba rozpoczęła poranną krzątaninę, ale ona nie potrafiła tak jak zawsze nadzorować ich pracę.
Niespokojna weszła do tablinum. Oprócz Cezara zastała tam Decimusa Juniusza Brutusa. Zaniepokoił ją fakt, że nikt ze służby nie poinformował jej o tej wizycie.
Brutus sprawiał wrażenie rozkojarzonego i wyraźnie czymś przybitego.
-Decimus nalega, abym udał się razem z nim na zebranie senatu – wytłumaczył jej Cezar.
Spojrzała na niego z zaskoczeniem.
– Czy nie wysłałeś wiadomości,że jesteś niezdrów? Powinieneś zostać w domu.
– Będą omawiane ważne sprawy. Obecność Cezara jest niezbędna. – nalegał Brutus, po czym bezpośrednio zwrócił się do Gajusza Juliusza. – To mogą być ostanie obrady przed planowaną wyprawą na Partów. Musimy uporządkować pewne kwestie.
– Masz rację – potaknął Cezar – Wybacz Kalpurnio, nie zostanę dziś z tobą.
– Ale mój sen … Boję się o ciebie. Nie powinieneś tam iść dzisiaj.
-Kalpurnio, chyba nie chcesz, abym oznajmił zgromadzonym senatorom, ze Cezar nie przybył na obrady, bo obawiał się snów żony.
Głos Decimusa zabrzmiał wyjątkowo cynicznie. Kalpurnia westchnęła.
– Rozumiem,że to ważne obrady -spojrzała głęboko w oczy Decimusa -. Dobrze, że przynajmniej ty przy nim będziesz.
Decimus chciał coś odpowiedzieć, ale niespodziewanie głos uwiązł mu w gardle.
Gdy w pół godziny potem Cezar opuszczał dom, obejrzał się i posłał żonie uśmiech.
Kalpurnii serce ścisnęło się z żalu. Czuła, że coś jest nie w porządku, a ona nie potrafi tego zatrzymać.
Cezar, w towarzystwie Decimusa, i otoczony przez liktorów udał się w stronę Forum.
Dzień wstawał powoli. Na ulice i fora wylegali ludzie spieszący się do swoich zadań.
Ranek był jeszcze chłodny, więc Decimus okrył się szczelniej płaszczem. Tu i ówdzie dostrzegł też niektórych spiskowców, spieszących do Teatru Pompejusza.
” Treboniusz musi zatrzymać Marka Antoniusza, on nie może wejść do sali posiedzeń”pomyślał nerwowo Decimus.
Nagle Juliusz Cezar skręcił w boczną uliczkę.
– Dokąd idziesz? – wykrzyknął zaskoczony Decimus – to nie jest droga do teatru…
– Chcę zagadnąć starego znajomego.
Cezar znalazł Spurinnę przy jego kramie, pochłoniętego dyskusją z klientem o pochodzeniu pewnego amuletu. Wróżbita nie wydawał się zaskoczony widokiem Juliusza.
– W dalszym ciągu oszukujesz ludzi – zaczął ten ostatni bez wstępów – Powinieneś zmienić zawód. Idy Marcowe nadeszły i nic się nie wydarzyło.
To mówiąc, Cezar ruszył w dalszą drogę.
Spurinna zatrzymał wzrok na stojącym nieopodal Decimusie i stwierdził cicho:
– Owszem… Idy nadeszły, ale jeszcze nie minęły.
Decimus, pod wpływem wzroku wróżbity cofnął się jak oparzony. Potknął się lekko, ale zaraz odzyskał równowagę. Niewiele myśląc, pomknął w ślad za Cezarem.
Słońce oświetliło miasto, gdy dotarli przed Teatr Pompejusza. Na widok tej budowli krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach Decimusa, a w gardle zrobiło musie zupełnie sucho. Starał się jednak ukryć nerwowość przed swoim towarzyszem.
Cezar przystanął na moment , błądząc wzrokiem po ścianach budynku.
– Pamiętasz oblężenie Alezji? – zadał nagle pytanie.
– Jak mógłbym zapomnieć.
– A pamiętasz co mi wtedy powiedziałeś?
– Że tak naprawdę nic w życiu nie zależy od nas samych. Jesteśmy zależni od innych i tego świata, w którym żyjemy – odparł głucho Decimus.
– To może być prawda – Cezar uśmiechnął się do swoich myśli. – Kalpurnia ma rację : Dobrze, że jesteś blisko mnie.
Przystojną twarz Decimusa wykrzywił nagły grymas, ale Gajusz Juliusz nie zwrócił na to uwagi.
– Gdzie Antoniusz? – zadał pytanie Cezar jednemu z liktorów czekających przy wejściu.
– Jeszcze nie przybył , panie. – odparł zapytany.
– Znasz Marka – dodał prędko Decimus – Pewnie się spóźni. Wchodzimy? Wszyscy już czekają.
Juliusz Cezar odwrócił się na moment, obrzucił miasto i spieszących się ludzi szybkim wejrzeniem i energicznie wkroczył do środka.
Decimus dał znak ręką liktorom, aby zostali na zewnątrz. Jeden z nich kiwnął do niego porozumiewawczo głową.
Wszedł tuż za Cezarem, a masywne drzwi Teatru Pompejusza zatrzasnęły się za nimi.

Część II

Marek Antoniusz wrócił do domu nad ranem. Za sobą miał trudną noc. Nie pamiętał już w czyim towarzystwie pił, pamiętał jedynie, że spotkał Cascę.
Po powrocie do domu zwalił się ciężko na łoże i od razu zasnął snem kamiennym. Miał umowę z zaufanym sługą, że ten nie będzie informował Fulwii o takich powrotach. Ostatnie czego potrzebował to żona wściekła niczym Furia.
Nie było mu jednak dane wypoczywać zbyt długo.
– Domine – służący lekko, ale stanowczo potrząsnął za jego ramię.
– Idź, niech pochłoną cię piekielne moce Hadesu – wymamrotał Marek -Idź, bo cię wybatożę.
– Przybył goniec od Juliusza Cezara. Masz poprowadzić dziś zebranie senatu, panie.
Marek ocknął się niczym ze złego snu. Otworzył najpierw jedno oko, a po chwili drugie.
– Nie mówisz poważnie…
– Goniec czeka na dziedzińcu.
Miał ochotę przekląć wszystkich dookoła. Powoli dźwignął się z łoża. I próbował uporządkować chronologicznie wydarzenia minionej nocy. Casca! Pamiętał, że spotkał Cascę. I tamten powiedział coś, co wprawiło go w wielkie osłupienie. Zamach na Cezara!
Ten temat powracał rokrocznie. Mówiono o tym, niektórzy wręcz spodziewali się tego. Cezar nic sobie z tego nie robił. Albo przynajmniej udawał. W pierwszej chwili Antoniusz zamierzał pójść do domu Najwyższego Kapłana. Ale rozmyślił się. W jakim celu miałby to zrobić? Cezara nie obchodziły takie plotki. Nie dawał im wiary. Zresztą, dziś nie wybierał się do Teatru Pompejusza. On miał go zastąpić. A zatem wszystko jest w porządku.
– Przynieś wody, muszę się obudzić… – wymamrotał. Służący odetchnął z ulgą. Przynajmniej dziś nie będzie wymiotował.
Rześki poranek całkowicie rozbudził wszystkie zmysły Marka Antoniusza. Ruszył niespiesznie do teatru Pompejusza. Wino, wypite wczoraj, powoli wietrzało mu z głowy. Myśli wciąż zaprzątała plotka , którą wczoraj zasłyszał, ale starał się je odgonić.
Przy bocznym wejściu do teatru natknął się na Gajusza Treboniusza, który owinięty szczelnie płaszczem, czekał już na niego..
– Muszę z tobą pomówić?- zaczął bez ogródek Treboniusz .
– Teraz? – zdziwił się Antoniusz – jestem już spóźniony. Czy to nie może poczekać?
– Nie , to sprawa życia lub śmierci.- odparł tamten poważnie.
Marek spojrzał badawczo na twarz dawnego kompana, nieprzekonany o jego słowach.
– Dobrze, porozmawiajmy. Byle szybko! – odrzekł. Obaj zniknęli w ciemnym przejściu.

Gwar rozmów w Teatrze Pompejusza powoli gasł. Senatorowie zajmowali przeznaczone dla nich miejsca.
Gajusz Kasjusz stał nieruchomo przed posągiem Pompejusza. Przyglądał mu się tak, jakby pierwszy raz go zobaczył. Nigdy nie był zwolennikiem Wielkiego. Odstręczały go dziwna próżność tamtego jak i specyficzny styl bycia. Specjalnie go nie żałował, choć miał świadomość, że konsul republiki nie powinien tak skończyć.
Teraz spojrzał w kierunku wejścia. Cezar i Druzus wchodzili do środka. Kasjusz odruchowo sięgnął do fałd togi i dotknął sztyletu. Zimna stal podziałała na niego trzeźwiąco. Zbliżył się do ław i usiadł obok milczącego, nieobecnego duchem Marka Brutusa.
Brutus jakby nie zauważył wejścia Cezara. Wpatrywał się w jeden punkt na mozaice rozpościerającej się tuż przed nim. Cezar szedł energicznie, tak jak to miał w zwyczaju, po drodze zagadnął jednego z mijanych senatorów. Jego profil, lekko pochylony do przodu, rzucał się w oczy zamachowcom. Niemal każdy odprowadzał go wzrokiem. Wreszcie Juliusz Cezar zasiadł na krześle kurulnym.
Dopiero wtedy Marek Juniusz Brutus dostrzegł jego obecność. Wbił oczy w Cezara, jakby chciał go przewiercić na wskroś. Nie spuszczał z niego oczu, jednocześnie czując strach, że za chwilę Dyktator dostrzeże jego niepokój i wyczyta z jego twarzy co się wydarzy. Nie wiedział też, że jedna osoba obserwowała go od kilku dobrych chwil.
Marek Tulliusz Cycero wyraźnie zaniepokoił się zmienionym nie do poznania obliczem Brutusa. Najpierw wydawało mu się, że ten jest chory, ale później dostrzegł wzrok tamtego wbity w Cezara. Co mogło się dziać? Brutus i Cezar poróżnili się? Nie byłaby to rzecz nowa. Wielu dawnych stronników Dyktatora odwracało się od niego. Cycero wspomniał choćby napięte stosunki łączące tamtego z Treboniuszem. Odruchowo Cycero spojrzał na Kasjusza i dostrzegł wyraz szczególnej zaciętości. Co się dzieje? zadawał sobie w duchu pytanie, pełen sprzecznych uczuć.
Przeczytano porządek obrad.
Tilliusz Cimber, pod wpływem spojrzenia Kasjusza, wstał i zbliżył się do Cezara.
– Dyktatorze, chciałbym zmienić porządek – odezwał się – Chcę zwrócić się z prośbą. Chodzi o mojego brata… Pragnę złożyć wniosek o jego odwołanie z wygnania.
W oczach Cezara pojawiła się nieskrywana niechęć.
– Mówiliśmy już o tym – odparł ponuro – Nie cofnę zakazu.
Casca również wstał i postąpił parę kroków do przodu.
– Cezarze, proszę o litość… – ciągnął uparcie Cimber i pogładził się po łysej głowie, jak to miał w zwyczaju czynić w trudnych sytuacjach.
Kilu senatorów podniosło się ze swoich ław i zbliżyło do podium.
– Nie zmienię zdania – wyrzekł głucho Cezar.
Znów nowa fala senatorów powstała i zamknęła krąg wokół rozmawiających.
– Wróć na swoje miejsce, Lucjuszu – Cezar podniósł się ze swojego miejsca.
Nagle Cimber przyskoczył do niego i jednym mocnym ruchem szarpnął go za togę.
– To przemoc! – wykrzyknął Dyktator .
Wtedy stojący tuż za krzesłem Casca blyskawicznie wyciągnął ukryty w faldach togi sztylet i uderzył w Cezara. Ten, zszokowany, chwycił napastnika za rękę i próbował wytrącić mu ostrze z ręki.
– Casca, bandyto , co czynisz?! – wykrzyknął.
Szmer przeszedł przez zgromadzonych senatorów. Marek Tulliusz Cycero otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Tymczasem Casca próbował się wyswobodzić z uścisku Cezara.
– Bracie ! Pomóż mi!– zaczął krzyczeć Casca w stronę swojego krewnego, który również brał udział w zamachu.
W tym momencie Tilliusz Cimber podbiegł do Cezara i ugodził go z całą mocą. Ostrze musiało wejść między żebra, bo Cezar zgiął się w pół, a twarz mu posiniała. Puścił Cascę, który uciekając wpadł na zbliżających się innych senatorów. Sabinus i kilku lojalnych wobec Cezara ludzi poderwało się i próbowało przedrzeć przez ten zamknięty krąg. W rękach napastników błysnęły sztylety.
Sabinus, który był nieuzbrojony, zaczął uciekać wzywając pomocy. Ale jego rozpaczliwe krzyki ginęły we wrzawie jaka zapanowała na sali. Chaos i panika ogarnęły senatorów. Zaczęli uciekać w popłochu , tratując siebie nawzajem.
Marek Tulliusz Cycero poderwał się, ale został potrącony przez jednego z siedzących nieopodal senatorów. Zachwiał się ,lecz zachował równowagę i spojrzał w kierunku podium.
Juliusz Cezar z trudem próbował opanować oddech, obrócił się i wpadł na Decimusa, który zranił go w udo. Wtedy, zszokowany zrozumiał prawdę. Że zdradzili go również najbliżsi. Zawisł całym ciałem na swoim protegowanym, ale kolejne uderzenie w twarz sprawiło, że zatoczył się do tyłu. Uderzającym był Kasjusz. Chciał jeszcze raz ugodzić Cezara, ale trafił w rękę Marka Brutusa. Atakujących ogarnął teraz szał. Uderzali jeden po drugim. Ranili Cezara i ranili siebie nawzajem.
Juliusz Cezar, pod wpływem tych ciosów próbował zasłonić twarz, ale zwalił się na ziemię. Oczy zaszły mu mgłą. Jego usta na widok Brutusa, poruszyły się.
– Kai su teknon? (gr. I ty, dziecko?) – zdawał się szeptać. Do kogo wypowiedział te słowa ? Do Marka, czy do Decimusa, który stał obok?
Brutus, który coraz bardziej krwawił, nie był w stenie utrzymać sztyletu w dłoni. Upuścił go, a ten z głuchym jękiem potoczył się po posadzce.
I ty, dziecko?!
Nie, nie jest synem Cezara. Nie jest synem Dyktatora, który kona na tej zimnej posadzce.
Zamachowcy przestali uderzać. Ostatnie zamglone spojrzenie Cezara spoczęło na posągu, u którego stóp leżał. Pompejusz Wielki spoglądał niewzruszenie z góry na ten ostatni akt dramatu.
Marek Juniusz Brutus, ranny i zakrwawiony, oddychał ciężko. Nagle wykrzyknął głośno:
– Niech żyje Wolność! Niech żyje Marek Tulliusz Cycero!
Ale adresat tych słów ich nie usłyszał. Cycero biegł po zewnętrznych schodach teatru, uciekając razem z innymi senatorami.
Za to gwar i wrzawa dobiegły do uszu Marka Antoniusza, który w bocznej sali wciąż rozmawiał z Treboniuszem. Zadał nieme pytanie rozmówcy i minął go spiesznie, nim ten miał szansę go zatrzymać. Wbiegł do sali zgromadzeń. Od razu zrozumiał wszystko, zanim dostrzegł zakrwawione zwłoki Cezara i upiornie bladą twarz Kasjusza.
– Marku , zrozum… – Gajusz Teboniusz przybiegł za nim.
Ale Antoniusz cofnął się od niego, jakby tamten cierpiał na zarazę.
– Co wyście uczynili? – wyszeptał Marek ze zgrozą, łapiąc się za głowę – Co wyście najlepszego uczynili? – powtórzył.
I rzucił się do ucieczki.
Był przekonany, że ludzie Kasjusza będą go ścigać. Że zamordują go jak Cezara. Gdy zbiegł po schodach i znalazł się na placu, rozejrzał się wokół, usiłując rozpoznać, z której strony nadciągnie pościg.
Zabili Cezara! Jego umysł zaczął pracować klarowniej, krew przyspieszyła w jego żyłach.
A jeśli Cezar jeszcze żył? Nie, odrzucił tę możliwość. Nie mógł przeżyć. Napastników było zbyt wielu. Za nic nie wróci tam, aby sprawdzić co z Cezarem. Oparł się o kolumnę. Przypomniał sobie wykrzywioną twarz Decimusa, oblicze Treboniusza, który próbował go zatrzymać i coś tłumaczyć.
Plac praktycznie opustoszał. Na wieść o tym co się stało, ludzie rozbiegli się w popłochu.
Nagle tę ciszę przerwał tętent galopującego konia. Antoniusz rozejrzał się za czymś, co mogłoby posłużyć jako broń, ale niczego takiego nie znalazł. Tętent się przybliżał i po chwili dostrzegł jeźdźca, który prowadził obok jeszcze jednego osiodłanego konia.
Rozpoznał swojego brata, Lucjusza.
– Marku, wsiadaj !- zawołał tamten.
Antoniusz błyskawicznie wspiął się na rumaka. Już po chwili obaj mknęli coraz bardziej pustoszejącymi uliczkami Rzymu. Niektórzy ludzie biegali bez celu, inni zamykali sklepy i kramy.
-Skąd się tu wziąłeś?! -zawołał nagle Marek do brata.
– Nad ranem dostałem dziwną wiadomość, której początkowo nie chciałem dać wiary – odparł Lucjusz. Zrównał się koniem z bratem i obaj zwolnili bieg swoich rumaków. Najwidoczniej nikt ich nie ścigał,.
– Musimy jak najszybciej opuścić miasto – stwierdził Marek. -Zatrzymamy się na chwilę w domu i zaraz ruszamy w dalszą drogę.
– Dokąd?
– Jeszcze nie wiem. Musimy się gdzieś ukryć. Później coś wymyślę.
I znów ponaglił konia.

Tymczasem spiskowcy wciąż stali nad ciałem Cezara. Niektórzy z nich poranili siebie nawzajem, a teraz próbowali opatrywać te rany. Kasjusz zbliżył się do szwagra, aby obejrzeć jego rękę, ale Brutus odsunął się od niego. Zamachowcy powoli zaczęli opuszczać teatr Pompejusza. Już wkrótce zostali tylko najważniejsi przywódcy. Kasjusz ponownie podszedł do otępiałego Brutusa i rzekł zdecydowanym głosem:
– Chodźmy już!
Brutus nawet nie drgnął, jakby te słowa nie były do niego. Kasjusz pociągnął go za ramię i poprowadził do wyjścia.
W połowie drogi Marek jeszcze raz obejrzał się, aby popatrzeć na zwłoki Cezara.
I ty, dziecko?
Te słowa sprawiły, że świat zakręcił się wokół niego. Były kłamliwe jak wszystko co mówił i czynił Dyktator. Miały sprawić, żeby zamiast dumy odczuł rozpacz.
A jednak te słowa wyryły się w jego sercu, wypaliły piętno w jego podświadomości. Zrozumiał,że nie będzie mógł o nich zapomnieć.
Wyszli na zewnątrz. Brutus zauważył, że niebo dziwnie pociemniało. Ciężkie chmury zawisły nad Rzymem.
Zamachowcy kroczyli najpierw przez plac, później skręcili w boczne uliczki. Na ich widok spłoszeni ludzie uciekali i ustępowali im drogi. Oni niezrażeni tym , wykrzykiwali co i raz głośno:
– Ludu Rzymu, znów jesteśmy wolni!!!

A ciało Cezara leżało tak jeszcze długo na posadzce. Wreszcie trzech służących odważyło się podnieść Dyktatora i zanieść go do domu. Gdy tak nieśli go przez miasto, jedna ręka zwisała bezwładnie w dół.

Chmara ptaków przeleciała tuż przed głównym wejściem do dawnej rezydencji Pompejusza Wielkiego.
Fulwia niemal usłyszała trzepot ich skrzydeł. Dobiegły ją też ciche rozmowy służących, którzy uważali, że to zły znak. Wyszła do przedsionka i ofuknęła ich, każąc im czym prędzej wracać do swoich obowiązków.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale na podwórzu usłyszała nagły ruch.
Nie była nawet uczesana. Jej włosy, w kompletnym nieładzie, opadały aż do pasa. Mimo to ruszyła gwałtownie do głównego wejścia. Wtem drzwi otwarły się na oścież i do środka wkroczył Marek Antoniusz, blady jak ściana. Tuż za nim podążał Lucjusz, zaciskając usta w zbolałym grymasie. Po wyglądzie ich twarzy poczuła, że stało się coś złego, a jednocześnie coś przełomowego. Marek minął ją bez słowa, podszedł do fontanny z wodą i polał sobie głowę. Oddychał przy tym ciężko, niczym rumak zmęczony w gonitwie. Zacisnął dłonie na oparciu.
– Musimy wyjechać z miasta – wykrztusił wreszcie z siebie.
– Każę siodłać świeże konie – dorzucił Lucjusz Antoniusz.
Fulwia obserwowała męża z dużym niepokojem.
– Co się stało? – zadała pytanie, chociaż w głębi duszy poczuła, że zna na nie odpowiedź.
– Zabili Cezara – rzucił krótko Marek. Zaciskał dłonie coraz mocniej.
Fulwia nabrała głębiej powietrza:
– Kto brał w tym udział ? -zapytała rzeczowo.
– Jakbyś nie wiedziała… Kasjusz, Treboniusz, dwóch Brutusów, ten zdrajca Casca… Muszę stąd jak najszybciej wyjechać. Kasjusz tylko czeka, aby mnie dopaść. Nic tu po mnie …
– Że też Marek Juniusz Brutus poważył się na taki krok – Fulwia myślała głośno, nie słuchając męża – to wszystko przez Porcję. Sączyła mu do ucha codziennie jad niczym żmija…
– Wyjedziemy z Markiem z miasta, zanim Kasjusz obstawi swoimi ludźmi bramy – zgodził się Lucjusz Antoniusz.
Fulwia, która ich w ogóle nie słuchała, jakby teraz na nowo dostrzegła obecność męża i szwagra.
Zbliżyła się do Marka jednym skokiem niczym rasowa tygrysica.
– Mój mąż nie będzie uciekał z Rzymu jak pies z podkulonym ogonem! – oznajmiła stanowczo.
– Zrozum, że Kasjusz … Oni zabili cezara!
– Zabili go, bo im na to pozwolił. Ale nasza sytuacja jest inna. – oblicze Fulwii przybrało wyraz szczególnej determinacji, tak jakby nie zamierzała się wycofać z już podjętej decyzji.
– Bez Cezara jesteśmy niczym – bąknął Marek.
– I tu się mylisz. Będziemy walczyć – powiedziała zdecydowanie – Nie oddamy pola Brutusowi i komuś takiemu jak Kasjusz – prychnęła z niechęcią. -Nie ma gorszego połączenia niż żołnierz i filozof w jednym. Poradzimy sobie z nim. Pójdziesz do domu Cezara – zwróciła się do męża – Niech Kalpurnia odda ci jego wszystkie papiery. Musimy ubiec tamtych i pierwsi wykonać ruch. Zanim ten tchórz Cycero dołączy do nich i ogłosi się zbawcą ojczyzny…
– Ale … – jęknął znowu Marek.
– Nie ma żadnego ale … – przerwała mu gwałtownie – Weź się w garść. Obaj, weźcie się w garść. – dodała patrząc na Lucjusza – Teraz nadszedł nasz czas.

Autor: Joanna Morgan

Opowiadanie w świecie antycznego Rzymu.

IMPERIUM ROMANUM potrzebuje Twojego wsparcia!

Aby portal mógł istnieć i się rozwijać potrzebne jest finansowe wsparcie. Nawet najmniejsze kwoty pozwolą mi opłacić dalsze poprawki, ulepszenia na stronie oraz serwer. Wierzę w to, że będę mógł liczyć na szersze wsparcie, które pozwoli mi jeszcze bardziej poświęcić się mojej pracy i pasji, maksymalnie usprawniać stronę oraz ukazywać świat antycznych Rzymian w interesującej formie.

Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM!

Nowości ze świata antycznego Rzymu

Jeżeli chcesz być na bieżąco z nowościami na portalu oraz odkryciami ze świata antycznego Rzymu, zapisz się do newslettera.

Zapisz się do newslettera!

Księgarnia rzymska

Zapraszam do kupowania ciekawych książek poświęconych historii antycznego Rzymu i starożytności. Czytelnikom przysługuje rabat na wszelkie zakupy (hasło do rabatu: imperiumromanum).

Zajrzyj do księgarni

Raport o błędzie

Poniższy tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów