Ta strona nie może być wyświetlana w ramkach

Przejdź do strony

Jeśli znajdziesz błąd ortograficzny lub merytoryczny, powiadom mnie, zaznaczając tekst i naciskając Ctrl + Enter.

Ziemia Rzymu. Korona z Traw

Sulla i Mariusz
Sulla i Mariusz

Nowy cykl opowiadań Pani Joanny Morgan – pasjonatki kultury antycznej – która w wolnych chwilach pisze opowiadania umiejscowione w świecie antycznego Rzymu. Praca zatytułowana: „Korona z Traw” jest kontynuacją pierwszego opowiadania przedstawiającego rywalizację Sulli i Mariusza. Tym razem akcji toczy się w Hiszpanii oraz na wschodzie.

Prolog

To był Czas Burzy.

Najstarsi ludzie nie pamiętali ani takich znaków na niebie, ani klęsk jakie nawiedziły ziemię. Najpierw szarańcza spustoszyła pola, później długotrwała susza dokonała dzieła zniszczenia. Ludzie modlili się w domach, przy ołtarzach, do wszystkich bogów jakich znali. Przerażeni, otępiali z rozpaczy,  musieli się zmierzyć z widmem głodu.

Chmury płynęły niespokojnym rytmem,  przysłaniając osłabione promienie słoneczne. Konie, w przydomowych zagrodach, płoszyły się z byle powodu, strzygąc uszami.  Psy ujadały z wściekłością lub wyły długo w nocy, wyczuwając te najczęściej towarzyszące ludziom uczucia: rozpacz i strach.

Ale najgorsza z plag miała dopiero nadejść. Wszystkie hiszpańskie osady zadrżały na dźwięk  wroga, który podążał wprost na nich.

Tym wrogiem byli Rzymianie.

Coraz częściej zapuszczali się w głąb Hiszpanii, stawali się coraz bardziej napastliwi.

Burza nadchodziła i miała  zmienić oblicza wielu miast i osad.

Rozdział pierwszy. Bona Dea

Długo chorował.

Niewiele pamiętał z tego okresu. Twarze ludzi przesuwały się jak obłoki na niebie, realne obrazy mieszały  z majakalnymi mrzonkami. Słyszał jakieś podniesione głosy, słowa wypowiadane z przejęciem, ale nie wiedział kto je wypowiadał, ani w jakim celu. Czasami z tego chaosu wyłaniała się przed nim zakrwawiona sylwetka Saturninusa, który próbował schwycić go za rękę i słyszał syk, który wypełniał mu całą głowę: „Zdradziłeś nas”.

A później w tej straszliwej poświacie majaczyła twarz Metellusa Numidicusa i rozbrzmiewały jego słowa „Walczysz nie tylko z wrogami,  zdradzasz też własnych sojuszników. Kim ty jesteś, Mariuszu? Człowiekiem znikąd, bez honoru!” – padała odpowiedź , straszliwa niczym wyrok.

I te właśnie słowa sprawiały, że Gajusz Mariusz męczył się jeszcze bardziej. Gorączka trawiła go bezustannie. Pogrążał się w niebycie, by za moment powrócić do normalności. Długo był na granicy dwóch światów.

Aż nagle wszystko ucichło.

Zmory, koszmary odpłynęły w niebyt. Zamiast nich wyczuł silną obecność kogoś, kto go wspierał .

– Jesteś? – pytał w malignie.

– Jestem –   słyszał w odpowiedzi kojący głos Julii Marii.

Czy to dobrzy bogowie sprawili, czy wytrwałość medyków, że Mariusz otworzył oczy. Szybko przemknął nimi po pokoju i zamknął na powrót.

– Gdzie jestem? – zadał ciche pytanie.

-W domu, przy mnie – padła znów spokojna odpowiedź Julii. Jej ciepły głos zdziałał cuda. Dotknęła swoja miękką dłonią jego dłoni. I o nic więcej nie musiał pytać, niczego nie potrzebował. Żył.

Wracał do zdrowia. I do świata, którego wciąż był częścią.

Ale cóż to był za świat , po tym co spotkało Saturninusa? Wiedział, że zdradził jego i Glaucję. Rozumiał też, że nie było innego sposobu. Musiał ich poświęcić na tym ołtarzu ofiarnym. Wybrał raz jeszcze frakcję senatorską; wybrał tych, którzy go poniżali wielokrotnie w przeszłości. Inny człowiek na jego miejscu mógłby ogłosić się dyktatorem, przejąć władzę. Pokazać skorumpowanym elitom, że jest ktoś kto ich zatrzyma. Ale nie on. Bo on, Mariusz, w wgłębi duszy chciał być jednym z nich. Pragnął ich akceptacji i szacunku.

Lecz  choroba i te przeżycia uświadomiły mu, że przenigdy nie będzie taki sam jak oni. W ich oczach zawsze pozostanie homus novo, człowiekiem znikąd.

„Nigdy nie będziesz jednym z nas” przypomniał sobie słowa Metelusa. „Nigdy” wybrzmiało wielokrotnie w jego głowie.

Więc po co te wszystkie starania, i śmierć Saturninusa i Glaucji ? Ich ofiara poszła na marne.

Wracał pamięcią do tamtego dnia, zastanawiając się czy można było ich ocalić. I odpowiedź nasuwała się sama. Zniszczono ich, mszcząc się na nim. Zniszczono ich jego własnymi rękami.

Tak jak wtedy, gdy Metellus musiał skazać na śmierć swojego człowieka. To zemsta.

Oni nie wybaczają.

Z każdym dniem jego kondycja fizyczna się poprawiała. Wstał z łoża. Zaczął się poruszać po domu, interesować codziennymi sprawami , wreszcie przyjmować swoich klientów.

Ale jego kondycja psychiczna pozostawiała wiele do życzenia. Julia Maria z niepokojem dostrzegała pewien wyraz zaciętości, którego wcześniej u niego nie widziała. Nie wróżył on niczego dobrego.

Wzdychała widząc tę zmianę. Kiedyś Mariusz był skryty, zamknięty w sobie, tajemniczy. Teraz te cechy tylko zyskały na znaczeniu.

Mogła się tylko modlić, aby nie przysporzył jej nowych zmartwień. Nosiła więc do świątyń błagalne ofiary. I wezwała na pomoc swoją sojuszniczkę.

Tak naprawdę, to nawet  nie musiała wzywać. Marta była stale obecna w ich życiu.

Nie obraziła się, gdy senatorowie nie wyrazili zgody na jej wystąpienie w kurii. Jej pozycja i tak była bardzo silna. Wystarczyło, że owinęła sobie wokół palca wszystkich domowników. I chociaż Mariusz kupił dla niej wygodną willę na przedmieściach, równie ochoczo przyjmowała gościnę w jego rezydencji.

Żona Mariusza jej sprzyjała. Julia wierzyła, że przepowiednia syryjskiej kapłanki o siedmiu konsulatach ma zbawienny wpływ na Mariusza. Dzięki niej, miał przed sobą cel do realizacji. I czuła, że on  z  nie zrezygnuje z osiągnięcia tego celu…

Tego popołudnia Marta zjawiła się wcześniej niż zazwyczaj i bez zbędnego ceremoniału wkroczyła do pokoju Mariusza. Ten przeglądał i porządkował dokumenty z senatu. Dostrzegła na jego twarzy niezwykłe ożywienie.

– Wiesz co to jest , prawda? – zapytał unosząc pergamin.

– Domyślam się – odparła. I rzeczywiście tak było. Na mieście słychać było coraz częstsze rozmowy o przyszłości Mariusza. Uśmiechnął się bardziej do siebie niż do niej. Jego twarz wciąż była nieco blada po przebytej chorobie.

– Zostałem specjalnym legatem – oznajmił – Wysyłają mnie z misją na wschód.

– I co powiesz na to? – zapytała Marta podchodząc bliżej.

Mariusz usiadł wygodnie na krześle.

– Chcą się mnie pozbyć z Rzymu. Jestem dla nich niewygodny. Ten, który ocalił Republikę – tu zatrzymał wzrok na swoim popiersiu z wieńcem laurowym na głowie. – Trzeci założyciel Rzymu. Ojciec ojczyzny – dodał z szczyptą ironii w głosie.

Zapanowała cisza. Marta znów przybliżyła się i dotknęła ręką jego ramienia.

– Chcą powrotu Metellusa do Rzymu – ciągnął dalej Mariusz- Jeżeli wyjadę, przeforsują ustawę. Jego syn nie ustaje w wysiłkach odwołania ojca z wygnania. Nawet nazywają go Pius, nieustępliwy.

Marta zaśmiała się nerwowo, chociaż nie było jej do śmiechu.

– Jeżeli Metellus Nepos zostanie konsulem, a z nim ktoś taki jak Tytus Didius , to Numidicus powróci. Didus tak zadziera nosa, że wkrótce potknie się o własne nogi. Co to za człowiek…

– Nie myśl o nich. Oni wszyscy się nie liczą. Ty będziesz konsulem Rzymu. Zostaniesz nim po raz siódmy. – głos Marty wypełnił cale tablinum.

Mariusz zwrócił  ku niej  swoje oczy.

– Nie wiem czy chcę nim zostać.

– To nie jest tylko twoja decyzja. Tak chcą bogowie – dodała z naciskiem. – To będzie wielki konsulat – zaczęła mówić jak natchniona. Policzki jej zapłonęły, a pierś zaczęła falować -Wkroczysz do miasta wielki i potężny. Twoi wrogowie się ukorzą. Przy tobie będą ludzie, którzy nie znają strachu.  Ogień wskaże ci drogę – tu przerwała jakby zaniepokojona swoją wizją i przyjrzała  mu się z uwagą.

Mariuszowi pod wpływem jej słów zakręciło się  w głowie.

Podtrzymała go  za ramię. – Wybacz mi , panie. Nie odzyskałeś jeszcze sił.

Mariusz zaprzeczył ruchem głowy.

– Dobrze się czuję. Tylko te twoje słowa. Julia uważa, że powinienem się udać na wschód. Przysięgałem w świątyni, że w zamian za zwycięstwo nad Cymbrami i Teutonami ofiaruję tę podróż Dobrej Bogini. Co o tym myślisz?

– Nie możesz obrazić bogini. – Marta przyklękła przy jego krześle. – Rozpocznę przygotowania do naszego wyjazdu.

– Naprawdę chcesz jechać? – zapytał
z wdzięcznością i pogładził ją po głowie. W wielkich czarnych oczach Marty odbiły się dziwna tkliwość i przywiązanie. Jej głos rozbrzmiewał niczym muzyka.

– Obiecałam, że będę przy tobie w najważniejszych momentach twojego życia. – wyszeptała z mocą – I słowa dotrzymam. –

Nagle  wstała kierując się energicznie do wyjścia. W drzwiach zatrzymała się jednak, jakby walcząc z sobą – Na wschodzie czeka na ciebie ktoś, z kim powinieneś się zobaczyć – dodała tajemniczo.

Mariusz patrzał jak jej szaty lekko się rozwiewały, gdy odchodziła.  Tak, na wschodzie był ktoś, kto mógł pomóc  powrócić mu na  szczyt, odzyskać szacunek i wszystko to co utracił. Należało to tylko odpowiednio rozegrać. I dziwny uśmiech zabłąkał się na jego ustach.
– Niech go porwą Furie i strącą w same najgłębsze czeluści piekła! – głos Lucjusza Korneliusza wypełnił wnętrze niewielkiego domu usytuowanego w zacisznej, prastarej części Palatynu. – Niech cierpi wieczne katusze! – wykrzyknął ponownie. Jednym gwałtownym ruchem strącił stojące na stole naczynia. Potoczyły się z głośnym hukiem po podłodze. Następnie Lucjusz pochwycił dzban i rzucił nim w przeciwległą ścianę. Naczynie odbiło się i trafiło w popiersie jednego z przodków rodu Korneliuszów. Popiersie zachwiało się, zadrżało i runęło z brzękiem na ziemię.
Przerażeni gniewem swojego pana niewolnicy rozpierzchnęli się na wszystkie strony, chowając po kątach.
– Nie zostałem pretorem – powiedział do siebie Lucjusz Korneliusz. – Nie zostałem pretorem, bo on tak chciał… On, Mariusz… tyran republiki. Ale dla wszystkich Mariusz wybawca, Mariusz ojciec ojczyzny… Sprawa Saturninusa powinna go pogrążyć na wieki, ale tak się nie stało…
Korneliusz zaczął rozglądać się po swojej willi, tak jakby ją zobaczył po raz pierwszy. Nie spędzał tu zbyt wiele czasu, wybierając wygodniejsze lokum Nicopolis na Kwirynale. Dach w domu jego przodków przeciekał, wszędzie walały się niepotrzebne przedmioty, a po perystylu spokojnie spacerowały kury.
– Co tu robi to ptactwo ? – zadał pytanie swojemu wyzwoleńcowi, Chrysogonusowi.
Ten ziewnął niedbale i odparł :
– To tylko gęsi i kilka kur. Gdzieś trzeba je trzymać. Są niczym święte ptaki.
– Jakie święte? One paskudzą mozaikę… wcale nie są święte … Zabierz je natychmiast.
Chrysogonus przywołał kilkoro zalęknionych niewolników, aby posprzątali perystyl.
Wtedy Korneliusz dostrzegł stojącą nieopodal kobietę. Stała niepewnie, jakby w obawie przed nim. Ubrana była jak do podróży.
– Jest i nasza domina … Pewnie ty też uważasz, że to święte ptaki? – zwrócił się do niej.
Aelia nie podnosiła oczu, jakby lękając się szyderstwa, które mogła wyczytać z twarzy męża. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Lucjusz Korneliusz nie wierzy w żadnych bogów i nie ma dla niego żadnych świętości.
– Nadawałabyś się na żonę Mariusza. Razem trzymalibyście święte ptaki, cały dom byłby wypełniony figurkami tylu bóstw, że nikt by ich nie policzył… A o rytuałach, które odprawialibyście we troje z tą jego syryjską wiedźmą, to już nie wspomnę…
Kobieta przygryzła wargi. Jej dość ładna twarz przepełniona była smutkiem i melancholią. Wiedziała, że mąż poślubił ją tylko dla pieniędzy jej rodziny. Podobnie jak jego pierwsza żona z Juliuszy miała wspomóc jego karierę. Julia znanym rodem, a ona pieniędzmi swojej rodziny.
Opiekowała się też synem i córką z pierwszego małżeństwa Korneliusza, dwojgiem równie zagubionych w tym domu dzieci jak i ona.
Czasami dziękowała losowi,że jej łono było niepłodne,że nie dała mężowi dziecka. Przez kilka pierwszych lat skrycie liczyła, że Lucjusz odeśle ją z tego powodu do domu ojca. Nic bardziej mylnego. Mąż doszedł do przekonania, że skoro ma już jednego dziedzica , to niepotrzebny mu drugi, który kłóciłby się z bratem o majątek po jego śmierci. A i więcej posagów dla córek też nie musiał płacić. Gdy poznała jego zdanie, zrozumiała z jakim człowiekiem ma do czynienia.
– Dokąd się wybierasz, moja żono?
Aelia drgnęła niepewnie. Zebrała się w końcu na odwagę i oznajmiła najśmielej jak potrafiła:
– Wyprowadzam się … Wracam do domu mojego ojca.
– Wyprowadzasz się – powtórzył Korneliusz, który dostrzegł stojące za nią torby podróżne. – No cóż, wyprowadzasz się przed każdymi Idami, to staje się nudne.
– Zabierzcie moje rzeczy do powozu – zwróciła się do dwóch niewolników stojących obok.
– Ruszcie te rzeczy, a powieszę was na najbliższym drzewie jakie znajdę – rzucił krótko Korneliusz. Niewolnicy bezradnie spojrzeli po sobie. – Jeżeli chcesz się wyprowadzić, żono, to musisz sama taszczyć swoje rzeczy do domu ojca aż na Awentyn…
Korneliusz powoli przybliżał się do niej, aż cofnęła się pod wpływem jego gorącego oddechu. Niewolnicy uciekli w głąb domu. Lucjusz stanął tuż przy niej , pochylił głowę do przodu i wyrecytował powoli:
– Zrozum wreszcie Aelio… Jeżeli kiedykolwiek opuścisz ten dom, to będzie moja decyzja… Moja i tylko moja… A do tego czasu, będziesz dobrą i przykładną matroną, czy to ci się podoba , czy nie…. Czy wyraziłem się jasno?
Aelia potaknęła z rezygnacją głową.
– Dobrze – pochwalił ją Korneliusz – A teraz jak na dobrą żonę przystało, każ przygotować mi kąpiel i wieczerzę.
Kobieta posłusznie odeszła. Korneliusz rozejrzał się i rzucił szybko:
– I niech ktoś zabierze stąd te ptaki!
W pół godziny później rozkoszował się ciepłą wodą w swojej łaźni. Tego właśnie potrzebował, aby zrelaksować się w pełni. Okiem wytrawnego drapieżnika przyglądał się też trzem niewolnicom polewającym go wodą.
W końcu dostrzegł stojącą przy wejściu żonę:
– Woda jest ciepła . Chodź do mnie… – wezwał ją ruchem dłoni.
Aelia nie poruszyła się, ale niewolnice podeszły do niej. Nigdy nie lubiła, w przeciwieństwie do swego męża , by duża grupa niewolników przyglądała się jej w kąpieli. Ale polecenia Korneliusza dotyczyły również i jej.
Niewolnice zdjęły z niej tunikę i po chwili zanurzyła się w wodzie aż po szyję.
Korneliusz uśmiechnął się i przesunął w jej kierunku. Przyciągnął ją do siebie.
Starała się opierać, ale jego ręce błądziły po jej ciele, jego szept wpadał w jej uszy
– Czyż nie jest przyjemnie? I chciałabyś to wszystko zostawić? Zostawić mnie…
– Domine , masz gościa – oznajmił jeden z niewolników.
– Nie teraz . Odpraw go… – usta Korneliusza znalazły się na ustach Aelii.
– To Kwintus Cecyliusz Metellus Pius, panie . Mam go odprawić?
Lucjusz Korneliusz znieruchomiał. Wypuścił żonę z objęć.
– Zawsze przychodzi nie w porę – mruknął do siebie.
Wyszedł z kąpieli, a niewolnicy prędko wysuszyli jego ciało. Narzucił na siebie tunikę, włożył sandały i energicznym krokiem ruszył do tablinum.
Pius stał na środku pomieszczenia i lekceważąco rozglądał się po zagraconym wnętrzu. Palcami strzepywał niewidzialne pyłki ze swojego eleganckiego stroju.
Na widok wchodzącego gospodarza zmienił wyraz twarzy.
– Jesteś ostatnia osobą, którą spodziewałem się dziś ujrzeć w moim domu, Kwintusie – powitał go szybko Lucjusz Korneliusz.
– Wybacz,że przeszkodziłem. Szykowałeś się do wieczerzy.
– Nic się nie stało. Zawołam żonę…
– To nie jest wizyta towarzyska. Przyszedłem w konkretnym celu.
Korneliusz zaczął badać twarz swojego gościa. Zrozumiał w lot, że ta rozmowa może odmienić wszystko. Że Metellus przełamał się składając wizytę w jego domu.
– Chcesz zostać pretorem, pomogę ci…. Mam środki, mam pieniądze, mam ludzi – wolno mówił Pius – W zamian pomożesz w powrocie mojego ojca z wygnania i w jeszcze jednej sprawie … Ale to co ustalimy zostanie między nami. Nikt nie może wiedzieć o naszym porozumieniu… Nikt, nawet mój ojciec, zwłaszcza mój ojciec – powtórzył z naciskiem… Czy mnie rozumiesz?
Korneliusz słuchał tych słów. Oto jego marzenie się urzeczywistniało. Wszystko było na wyciągnięcie ręki.
– Tak, rozumiem – powiedział w zamyśleniu. – Lepiej niż myślisz.
– Nie zostanę długo- ciągnął dalej Metellus – więc posłuchaj mnie uważnie…

Rozdział drugi. Król

– Ktoś czeka na ciebie na dziedzińcu, panie.
Słowa Marty zmąciły leniwą, popołudniową ciszę. Gajusz Mariusz półleżał na wysłanej delikatnymi suknami sofie. Otworzył szeroko oczy. Napotkały one piękny widok z rozciągającego się przed nim tarasu. Jak na dłoni widać było zatokę, statki zmierzające we wszystkich kierunkach świata, dumne maszty, na których rozpościerały się różnobarwne żagle. Mariusz znów zamknął oczy. Marzył. Od kilku tygodni podróżował po wschodnich krainach. Julię Marię pożegnał jeszcze w Italii, niedyspozycja uniemożliwiła jej morską podróż. Ale nie odczuwał braku jej obecności. Tu, na miejscu tyle spraw zajmowało jego myśli, że zapomninał o dawnych kłopotach.
Miasta wschodu zachwyciły go rozmachem i historią. Każde miejsce stanowiło odrębną opowieść. Kapadocja i Galacja, dwie malownicze krainy szczególnie przykuły jego uwagę. Nic dziwnego, że stanowiły zarzewie konfliktu tutejszych władców : otaczającego się przepychem króla Bitynii, Nikomedesa i tajemniczego dziedzica tronu Pontu, Mitrydatesa. O tym ostatnim zaczynały krążyć dziwne pogłoski. Rzymianie nie mogli polegać na swoich szpiegach, bo ci, wysłani do Pontu, nie wracali żywi. Osoba pontyjskiego monarchy intrygowała Mariusza.
Marta delikatnie, ale stanowczo przypomniała:
– Czeka na ciebie wysłannik króla Pontu.
Mariusz wstał z sofy, rzucił jeszcze jedno zachwycone spojrzenie w stronę zatoki i wyszedł z Martą na zewnątrz.
Dziedziniec tonął w słońcu. Wydawało się, że wszystkie chmury odpłynęły gdzieś w niebyt i nic nie zmąci tego pięknego, słonecznego dnia.
Posłaniec skinął lekko głową i oznajmił nieco tajemniczym tonem głosu:
– To dar dla ciebie, panie.
Na dziedzińcu, tuż obok bramy wjazdowej, stał trzymany przez niewolników, przepiękny, czarny rumak.
Mariusz zmrużył oczy i przyjrzał się zwierzęciu. Nie dał po sobie poznać, jak bardzo jest zachwycony prezentem. Podszedł spokojnie do konia i ujął go za uzdę. Rumak zarżał nerwowo, odwracając łeb. Mariusz przesunął dłonią po jego grzywie, pogładził szyję i poklepał . W pewnym momencie wykonał ruch, jakby chciał go dosiąść.
Wtedy zdarzyło się coś niespodziewanego. Zwierzę cofnęło się gwałtownie, a Mariusz również odskoczył do tyłu. Rumak zarżał gniewnie i podniósł przednie nogi do góry. Ruszył wściekłym galopem przed siebie. Niewolnicy rzucili się do bramy, chcąc ją domknąć i odciąć drogę ucieczki zwierzęciu. Udało im się to uczynić niemal w ostatniej chwili.
Potężny ogier znalazł się w pułapce bez wyjścia. Rżał, targał wściekle piękną głową, okrążał dziedziniec , próbując się z niego wydostać.
Wysłannik Pontu odsłonił nieco kaptur i zbliżył się do nieokiełznanego ogiera.
Mariusz obserwował jego próby z bezpiecznej odległości. Zachowanie posłańca wzbudziło jego ciekawość.
Człowiek ten podszedł do konia, ale w pierwszym odruchu też musiał odskoczyć . Zaczekał cierpliwie i znów zmierzył się ze swoim przeciwnikiem. Wypowiedział jedno słowo, którego Mariusz nie zrozumiał. Nie znał tego dialektu. To na pewno nie była greka.
Mariusz przyjrzał się uważniej twarzy wysłannika. Uderzyły go idealne, harmonijne rysy jego twarzy. Zerknął na dłonie, na długie wypielęgnowane palce. Od całej sylwetki tego człowieka biły elegancja, pewność siebie i duma. Nie zwrócił na to uwagi w pierwszej chwili.
„To nie jest zwykły posłaniec” pomyślał.
A tymczasem koń stopniowo uspokajał się, zwolnił swój oszalały bieg i pozwolił podejść do siebie człowiekowi. Ten znów do niego przemówił. Przytulił twarz do końskiego łba i począł szeptać do niego, najdelikatniej jak umiał. Koń zarżał, ale zupełnie inaczej. Teraz był spokojny i opanowany. Tak jakby rozmawiał z człowiekiem.
Mariusz stał jak zahipnotyzowany. Widział już wielu zaklinaczy koni, ale kogoś takiego nigdy nie spotkał. Wydawało mu się to niewiarygodne. W tym człowieku kryły się magia i niewytłumaczalna siła. Kto wie, może to sami bogowie obdarowali go taka mocą?
Gajusz Mariusz wciąż obserwował jak tamten człowiek obejmuje szyję konia, jak wspina się na jego grzbiet. Rumak, przed chwilą dziki i narowisty, teraz stał posłuszny i uległy. Tajemniczy przybysz objechał na nim cały dziedziniec. Zatrzymał się dopiero przed Mariuszem. Zeskoczył z konia i podał mu uzdę.
– Jest twój, Rzymianinie. Od dziś możesz go dosiadać.
Mariusz rozkazał swoim niewolnikom , aby przyjęli dar.
Sam spojrzał na uśmiechającą się tajemniczo Martę. Wyczytał w jej twarzy potwierdzenie swoich przypuszczeń. I zrozumiał kim jest jego gość.
– Pójdź za mną – powiedział dobitnie, a po chwili ściszył nieco głos – Królu.
Mitrydates uśmiechnął się i śmiało podążył za rzymskim konsulem. Razem przeszli wewnętrzny korytarz i znaleźli się tuż obok wyjścia na taras.

Król jako pierwszy wyszedł na taras. W świetle zachodzącego słońca Mariusz miał okazję przyjrzeć się jego sylwetce. Mitrydates był postawny, wysoki; w jego ramionach kryła się pierwotna, nieujarzmiona siła. Gdy stawiał kroki biły od niego niecodzienna pewność siebie i duma.
Przyszedł sam i nie było w nim cienia strachu.
Mariusz mimowolnie porównał go do Lucjusza Korneliusza. Tamten równie ochoczo rzucał wyzwania losowi. To wspomnienie sprawiło, że jego oblicze spochmurniało, a twarz wykrzywiła się w przykrym grymasie. Nie cenił u ludzi tego rodzaju odwagi: brawurowej i nieco szalonej.
Jednak twarz króla, przystojna o harmonijnych rysach, była równie nieprzenikniona niczym oblicze Sfinksa. Mariusz podniósł wzrok nieco wyżej i zatopił się w oczach króla : czarnych, przepastnych, przypominających otchłań.
Gajusz Mariusz widywał wielu ludzi i wierzył w to, że właśnie oczy są zwierciadłem duszy. O każdym mógł coś powiedzieć posyłając tej osobie głębokie spojrzenie. Ale nie mógł tego uczynić w przypadku Mitrydatesa. Jego oczy zasnute były mgłą tajemnicy . Kim on był? Człowiekiem, który uwięził własną matkę i rodzonego brata? A później ich zgładził, aby sięgnąć po władzę? Mordercą siostry – żony?A może był kimś zupełnie innym, może wszystkich oszukiwał?
– Czy podobał ci się mój dar, pierwszy człowieku Rzymu? – zadał pytanie Mitrydates, w ogóle nie patrząc na swojego rozmówcę.
Mariusz drgnął lekko.
– Nie jestem pierwszym człowiekiem Rzymu, już nie – odrzekł z goryczą w głosie.
Król przechadzał się niedbale po tarasie dotykając niektórych przedmiotów.
– Ale za dar dziękuję. To piękny rumak. – spokojnie dodał Mariusz.
Mitrydates wciąż przechadzał się nonszalancko po tarasie, co zaczynało drażnić Rzymianina.
– Mówią, że dosiadali go bogowie wiatru : Euros, Boreasz, Zefir i Notos…
– Chcesz powiedzieć: Vulturnus, Akwilon, Fawoniusz i Auster…
Mitrydates wydął pogardliwie wargi.
– Rzymskie nazwy, one gubią prawdziwe znaczenie…
– Czy spotkałaś się ze mną, aby rozmawiać o bogach wiatru? – przerwał uszczypliwie Mariusz.
– Chciałem cię poznać, żeby wiedzieć kim jesteś. Gdzie będziesz, kiedy nadejdzie godzina przeznaczenia.
– Jaka godzina?
– Przeznaczenia.
– Twojego przeznaczenia, Mitrydatesie, czy mojego? – w głosie Mariusza wybrzmiała lekko kpiąca nuta.
– Wy, Rzymianie , myślicie, że jesteście panami świata, I że on się wam należy. To piękne miejsce, prawda? – zmienił nagle temat i wskazał na niezwykłe rośliny na tarasie. Jedne były delikatne, inne gęste i bujne, każda zadziwiała wyglądem i kształtem. Rzymianie mogli podziwiać te rośliny tylko na wschodzie. – Jesteśmy w wyjątkowej krainie. Wszystkie tutejsze ziemie są zniewalająco piękne. Prawdziwe perły. Powiedz konsulu, czy są w Italii piękniejsze miejsca niż te, które tutaj napotkały twoje oczy?
Mariusz milczał. Ta postawa konsula, pełna rezerwy, ale i niezwykłej mocy, musiała czynić ogromne wrażenie na pontyjskim królu.
– Przyznaję, to ładne krainy. Tak ładne, królu, że nie możesz zrezygnować z Kapadocji, która ci się nie należy.
Mitrydates zaszczycił rozmówcę słabym uśmiechem. Mariusz wiedział, że Kapadocja od lat była marzeniem pontyjskiego króla. Nie cofnął się on przed zgładzeniem szwagra, który władał tą krainą, kontrolował siostrzeńca, a teraz popadł w konflikt z Nikomedesem, królem Bitynii, który pojął królową – wdowę Kapadocji za żonę.
-Wy pragniecie, aby tutejsi władcy byli słabi, ulegli wobec Rzymu? Chcielibyście ujrzeć nas na kolanach? – Mitrydates nabrał powietrza i mówił dalej: – Tu na wschodzie my pojmujemy świat inaczej. Czyż nie czytacie w Wyroczniach Sybillińskich : „Za bogactwo zabrane Azji, Azja zabierze Rzymowi trzykroć tyle, a za niewolników pracujących na italskiej ziemi dwadzieścia razy więcej synów słonecznej Italii będzie niewolnikami Azji.”
– Myślisz, królu, że ta przepowiednia jest o tobie? Ty staniesz na czele Azji? Jeśli tak jest, będziesz potrzebował armii, ludzi, okrętów. I tylko jedno ci powiem : „O, królu , albo bądźcie silniejsi niż Rzym , albo słuchajcie jego rozkazów w milczeniu.”
Twarz Mitrydatesa nie zmieniła się, tak doskonale skrywał przed światem co się działo w jego wnętrzu. Mariusz był jednak pewien, że te słowa dotknęły go do żywego.
Król przeszedł kilka kroków i okrążył stojący nieopodal posąg Hermesa szykującego się do lotu.
– Jeszcze dziś mógłbym zaatakować Rzym. Cóż na to powiesz? Czy tego nie pragniesz w głębi duszy, konsulu? Czy nie chcesz, aby twój senat błagał cię na kolanach, abyś ratował republikę… Byłbyś znów potrzebny, arystokraci musieliby się z tobą liczyć…
Mariusz wstrzymał oddech. Pontyjski władca wiedział o jego największych pragnieniach. Potrafił o nich mówić z takim spokojem. Złość wkradła się do jego serca. Kim był ten człowiek , że śmiał tak do niego mówić?Że chciał uczynić z niego zdrajcę ojczyzny?
– Naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego czym jest Rzym, jeżeli tak się do mnie zwracasz.
Przez moment obaj mierzyli się spojrzeniami, niczym dwaj zaprawieni w swoim rzemiośle gracze.
Mitrydates ocknął się jako pierwszy.
– Dobrze – powiedział półgłosem; nie wiadomo czy bardziej mówił do siebie czy do Mariusza. – Jeżeli kiedykolwiek zmienisz zdanie, wiesz gdzie mnie znaleźć. Bacz, abyś nie zwlekał zbyt długo – dodał wyniośle.
Mariusz odprowadzał wzrokiem odchodzącego króla. Przyglądał się jak lekki wiatr rozwiewa poły jego ciemnego płaszcza, jak dumna twarz znika pod przykryciem kaptura. Dziwny lęk wypełnił go całego. „To bardzo niebezpieczny człowiek” pomyślał.
Ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, ze oto szansa powrotu na szczyt wymyka mu się z rąk. Mógł zostać konsulem po raz siódmy. Przepowiedziana wielkość czekała na niego… A jednak : gdy wyciągnął po nią rękę, jakiś nieznany wyrzut sumienia zagłuszył jego największe marzenie.
Odetchnął głęboko. Wróci na szczyt, ale nie tak. Nie za cenę wojny Pontu z Rzymem…

Marta znalazła go dopiero w obszernej bibliotece. Siedział tam pochylony nad zwojami, a jego profil wydał się jej smuklejszy niż zwykle. Coś uderzyło ją w jego wyglądzie. Zbliżyła się cicho, lekko stawiając kroki. Usłyszał jednak jej nadejście i ocknął się z zamyślenia. Odwrócił twarz w jej stronę.
Pochwyciła to spojrzenie: obce, o pustym wyrazie. Nieznany niepokój zagrał jej w duszy.
– Mitrydates obiecał, że zaatakuje Rzym – usłyszała grobowy głos Mariusza. – A ja odmówiłem – wstał i ruszył przed siebie. Nagle zatrzymał się i rzucił zjadliwie:
– Teraz żałuję swojej decyzji. Czytaj – nagłym ruchem wręczył jej pergamin.
Marta zawahała się, ale wzięła do ręki pismo i zaczęła przebiegać je wzrokiem. Mariusz oparł się o jedną z półek, na której zgromadzone były zwoje.
– Trybun Publiusz Furiusz nie żyje, próbował zawetować powrót Numidicusa z wygnania… Niszczą moich ludzi: jednych mordują, innych skazują jak Titiusa albo oskarżają jak Akwiliusza, a Metellus Numidicus spokojnie wraca z wygnania. Jego uparty, przeklęty syn doprowadził do jego powrotu. Moi wrogowie wykorzystali moją słabość. Stali się silniejsi niż zwykle. Do jakiego Rzymu mam wracać?
Nagle odwrócił się gwałtownie w stronę Marty:
– Do Rzymu, w którym Lucjusz Korneliusz jest pretorem?
Marta odetchnęła głębiej:
-A więc powiodło mu się.., – wyszeptała.
Mariusz uśmiechnął się kwaśno.
– Nie mogłem blokować jego kandydatury w nieskończoność… On jest jak trucizna, którą trzeba połknąć…Ród Metellich potrafi zjednoczyć się w obliczu klęski i użyć nawet trucizny, gdy ta jest im potrzebna. Lucjusz Korneliusz potrafi oszukać wszystkich, ale mnie nie zwiedzie. Wiem, kim on tak naprawdę jest. Zawsze wiedziałem… On zniszczy Republikę, ale wtedy będzie za późno… Kiedy senatorowie to zrozumieją, Republika będzie już płonąć.
Marta podeszła i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Co chcesz uczynić w tej sytuacji?
– Wrócimy do domu. Zobaczymy co uda się uratować ze zgliszcz Republiki.
Chciała coś powiedzieć, wyznać, ale stała tylko jak sparaliżowana. Jej wyznanie utkwiło w gardle, nie potrafiła go zwerbalizować.
– Teraz zostaw mnie. Chcę być sam – usłyszała jego prośbę. Potaknęła głową i wyszła cicho. Przechodziła korytarzem wolno, z trudem zbierając myśli. Kim była dla niego? Była pewna , że tego nie wiedział nawet on sam. Przez te kilka lat obecności w życiu Mariusza zawsze znała swoją rolę. Ale dziś, pierwszy raz w życiu, ogarnęły ją wątpliwości co do słuszności jej działań. Nagle przyspieszyła kroku. Musiała koniecznie znaleźć się w jedynym miejscu, w którym mogła je rozwiać.

Wolno przesuwała się korytarzami ogromnej świątyni. Stanęła nieruchomo przed drzwiami prowadzącymi do głównej sali. Uderzyła kilkakrotnie laską. Podwoje drgnęły i otworzyły się do środka . Jej oczom ukazało się wnętrze pogrążone w półmroku, którego nie mogły nawet rozproszyć liczne lampki i pochodnie. Ostrożnie stąpała dalej, zeszła po kilku stopniach na dół i zmierzała wprost do ołtarza znajdującego się u stóp ogromnego posągu Magna Mater.
Kult bogini stopniowo rozszerzał się na kolejne krainy na całym świecie. Zawędrował nawet na ziemie italskie. Marta z nieukrywaną satysfakcją obserwowała rosnące grono wiernych.
Po chwili obok niej pojawił się jeden z kapłanów. Odziany w długie, ciemne szaty, szedł szybkim krokiem. Kapłani bogini byli bardzo tajemniczymi osobnikami. Nawet Marta czuła przed nimi respekt pomieszany z obawą.
Teraz kobieta przyjrzała się dziwnie spłaszczonej, ogolonej na łyso głowie kapłana.
– Witaj siostro – wyszeptał nieco skrzeczącym głosem – Czekałem na ciebie. Czy nasz przyjaciel jest zadowolony ze spotkania?
Marta cofnęła lekko głowę do tylu.
– Spotkanie nie przebiegło tak jak planowaliśmy – oznajmiła – Wojny nie będzie.
Kapłan stanął naprzeciw ogromnego posągu.
– Wszystko w swoim czasie – rzekł w zamyśleniu -– Najważniejsze, aby kult bogini utrzymał się na ziemi italskiej.
– Wmówiliśmy Rzymianom, że tylko dzięki bogini pokonali oni Hannibala, a później zwyciężyli barbarzyńskie plemiona. Ciemny lud wierzy w to bezgranicznie.
– Tak, ludzie muszą czcić bogów…
– Mariusz nam sprzyja. Ale lęka się otwartego konfliktu, wciąż liczy się ze zdaniem arystokracji.
– Poczekamy na ich fałszywy ruch. Wrócisz z Mariuszem do Rzymu i będziesz pilnować naszych interesów.
Marta milczała dobrą chwilę, myśląc intensywnie.
– A co zrobimy z Korneliuszem? On jest zagrożeniem dla Mariusza, patrzy krzywo na kult bogini, nie okazuje jej należnego szacunku.
– Został pretorem, prawda? A więc zechce wyruszyć do prowincji. Zapewne obierze wschodni kierunek…
Teraz kobieta spojrzała wręcz pytająco.
– Te wschodnie krainy bywają zdradliwe. I pełne niebezpieczeństw – twarz kapłana wykrzywiła się w dziwnym grymasie – Nigdy nie wiadomo co może się przytrafić tak ambitnemu człowiekowi jak Korneliusz Sulla. A ja będę tu na niego czekał.
Pełen nadziei uśmiech rozjaśnił twarz Marty.
– Gdybyś rozwiązał ten problem, Republika byłaby ci wdzięczna – dodała wpatrując się w posąg bogini.

Rozdział trzeci. De Oratore

– „On nie jest dobrym mówcą!” – wykrzyknął Sertoriusz, niespokojnie chodząc po pomieszczeniach kuchennych w swoim domu. Właśnie wrócił z Forum, gdzie bronił człowieka oskarżonego o przywłaszczenie cudzego mienia. Po wygłoszonej mowie, gdy mijał zebranych w tłumie ludzi, usłyszał niepochlebną opinię o sobie, wygłoszoną przez ledwie kilkuletniego chłopca.
– Dziecko stwierdziło, że nie jestem dobrym mówcą. Powiedziało, że mój styl jest szorstki i … prowincjonalny…
Rea siedziała obok żaren do mielenia, gdzie nadzorowała pracę dwóch niewolnic. Podniosła wzrok na syna i delikatnie się uśmiechnęła.
– Od kiedy przejmujesz się opiniami tłumu?
– To nie była opinia tłumu, to była krzywdząca opinia kilkuletniego chłopca, któremu nie podobał się styl mojej wypowiedzi – rozżalony Sertoriusz usiadł naprzeciw matki. – Nawet nie wiem, czy miał dziesięć lat. Towarzyszył swojemu ojcu, pokazywał mnie palcem … Jak dziecko może się znać na sztuce oratorskiej?
– Przesadzasz, synu. Sam widzisz, że to tylko mały chłopiec, nie może się znać…W mieście jest dużo gorszych mówców od ciebie …ty jesteś całkiem zręcznym oratorem.
– Ale Rzym może się też pochwalić wieloma mówcami lepszymi ode mnie. Nie oszukujmy się, matko, kariera adwokata nie jest dla mnie. Potrafię zagrzewać ludzi, rozpalać emocje, ale do walki…Tacy ludzie jak ja nie nadają się na czasy pokoju.
Rea spochmurniała, przerwała pracę i odprawiła szybkim gestem niewolnice. Te skłoniły się i wyszły.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała uważnie obserwując syna.
Sertoriusz spuścił oczy, jakby zwlekając z odpowiedzią – Chciałbym wrócić do armii – powiedział poważnie – Jestem o wiele bardziej przydatny jako żołnierz, nie mówca.
Rea wstała gwałtownie i zaczęła nerwowo porządkować rzeczy. Sertoriusz również podniósł się i ujął jej rękę, przerywając te czynności.
– Mam tylko ciebie – wykrztusiła z trudem. – Gdybym miała innych synów, powiedziałabym ” Jedź. Niech bogowie kierują twoimi ścieżkami.” Ale mam tylko ciebie – powtórzyła i zaniosła się płaczem. Sertoriusz przytulił ją do siebie w serdecznym geście. Trzymał ją tak długo, aż szloch zupełnie ustał.
– Jeszcze nie wyjeżdżam – rzekł cicho. – i prędko się na to nie zanosi. Ale wiem, że przyjdzie taki dzień, że będę musiał.
Rea odsunęła się od niego i opadła na krzesło. – Przeczuwałam to – wyszeptała . Oboje nic już nie mówili, tylko serce Rei zalała fala przytłaczającego smutku.

Wrzawa w Circus Maximus nie słabła.
Emocje zgromadzonych tu ludzi sięgnęły zenitu. Oto teraz miała się odbyć najważniejsza gonitwa. Oczy wszystkich gorączkowo szukały pretora, aby ten wreszcie dał znak rozpoczęcia wyścigu.
Sulla pojawił się na obszernym podium pod baldachimem wykonanym z delikatnych sukien. Otaczali go liktorzy, strażnicy i niewolnicy trzymający wachlarze. Na jego widok szmer przeszedł przez loże, w których zasiedli inni senatorowie, wraz z rodzinami.
Na twarzach niektórych błysnęły szydercze uśmiechy. Po prawej stronie obok Korneliusza usiadła jego żona Aelia , jak zwykle pogrążona w dziwnej zadumie. Dostrzegła porozumiewawcze uśmiechy na widok jej męża. Odczuwała wtedy coś na kształt nieokreślonego współczucia. Przymknęła powieki, aby nie tego nie oglądać. Ale Lucjusz Korneliusz był pragmatycznym człowiekiem. Szydercze uśmiechy, porozumiewawcze mrugnięcia nie były w stanie zawrócić go z raz obranej drogi.
Aelia nie zauważyła jednak ukradkowych spojrzeń swojego męża w kierunku loży Metellich i ich sprzymierzeńców. Nie widziała ich lub nie chciała zobaczyć. Jedak Lucjusz Korneliusz nie potrafił się oprzeć przyjemności podziwiania Cecylii Dalmatyki. Pochłaniał wzrokiem jej sylwetkę, piersi, delikatne rysy jej twarzy. Nie przeszkadzał mu nawet jej odmienny stan, wyraźnie zarysowany kształt pod elegancką tuniką. Siedziała obok swojego męża, Marka Emiliusza Skaurusa, pierwszego senatora Republiki. Korneliusz skrzywił się z niesmakiem na widok tamtego.
Wreszcie podniósł rękę do góry i dał znak. Na ten moment czekano.
Kilkanaście poczwórnych zaprzęgów pojawiło się na torze ciągnąc za sobą niewielkie, lekkie rydwany. Konie rzuciły się do biegu.
Ziemia zadrżała pod nimi, tętent wielu kopyt zlał się w jeden dźwięk z ogłuszającym dopingiem tłumu.
Pomiędzy widzami krążyli przyjmujący zakłady, a ludzie chętnie stawiali na swoje ulubione drużyny. Były ich cztery : Zieloni,Niebiescy, Biali i Czerwoni.
Jedni szybko bogacili się na wyścigach, a inni wręcz przeciwnie: tracili wszystko co mieli.
Pierwsze okrążenie, drugie, trzecie… I jeszcze jedno … Zdawało się, że wrzawa rozsadzi amfiteatr. Publiczność podrywała się za każdym razem, gdy jeden z woźniców upadał, albo gdy mały, zwrotny rydwan zahaczał jeden o drugi. Kolizje zdarzały się nader często.
Wreszcie wyłoniono zwycięzcę. Rozpalona z emocji widownia wiwatowała, krzyczała i gwizdała. Wrzawa przycichła nieco, gdy zwycięski auriga odbierał palmę z rąk samego pretora. Lucjusz Korneliusz najpierw pokazał nagrodę ze wszystkich stron rozentuzjazmowanemu tłumowi, a następnie z namaszczeniem wręczył ją dumnemu woźnicy. Rozległy się brawa i okrzyki.
Ale nie tylko zwycięzca wyścigu znalazł się na ustach wszystkich. Najpierw ludzie ucichli, po chwili zaczęli nieśmiało klaskać , a wreszcie wiwatować. Oto w bocznym przejściu pojawił się Kwintus Cecyliusz Metellus Numidicus, który niedawno powrócił z wygnania. Szedł w towarzystwie syna, witany oklaskami, okrzykami na swoją cześć. Wszystkie oznaki sympatii przyjmował ze stoickim spokojem. Zajął swoje miejsce na podium otoczony członkami rodu Metellich.
Lucjusz Korneliusz wreszcie dostrzegł pojawienie się słynnego polityka. Numidicus chłodno skinął głową pretorowi, a ten odpowiedział podobnym gestem. Gdyby ktoś uważny obserwował Korneliusza, dostrzegłby szybką wymianę spojrzeń między nim a synem Numidicusa. Ale podekscytowany tłum niczego nie zauważył.
Nie tylko przedstawiciele Metellich pojawili się spóźnieni na igrzyskach. Korneliusz dostrzegł też wchodzącego Sertoriusza i kiwnął na niego przyjaźnie ręką. Ten z pewnym ociąganiem wszedł do najważniejszej loży .
– Uczyń nam ten zaszczyt, Kwintusie Sertoriuszu, i dołącz do nas. Sprawisz przyjemność Aelii – Lucjusz wskazał na żonę. Ta ochoczo potaknęła głową. Sertoriuszowi nie pozostało nic innego jak tylko skorzystać z uprzejmego zaproszenia. Usiadł obok Korneliusza, starając się nie zwracać uwagi na kilku senatorów z frakcji Mariusza, którzy natychmiast dostrzegli jego obecność w loży pretora.
Ten uśmiechnął się delikatnie.
– Słyszałem, że twoja kariera adwokata nabiera tempa – zaczął dyplomatycznie.
– O ile można to nazwać karierą.
– Początki są zawsze trudne. Ale po kilku latach możesz wyrobić sobie renomę.
– Kilka lat już upłynęło i nie sądzę, abym w najbliższym czasie zdobył rozgłos.
Zapadło milczenie, w trakcie którego obaj z zaciekawieniem obserwowali kolejny wyścig.
– Jeżeli nie jesteś zadowolony – podjął wątek Korneliusz – to nadarza się świetna okazja do zmian. Tytus Didus wyrusza do Hiszpanii, jako jej prokonsul. Mógłbyś wrócić do armii… Didus będzie potrzebował zdolnych, odważnych ludzi w starciu z plemionami iberyjskimi…
Sertoriusz w pierwszym odruchu nic nie odpowiedział,ale ta myśl nie była mu obca. Od dłuższego czasu donoszono mu, ze Didus stanie na czele legionów i wyruszy do Hiszpanii…Niepokoiła go jednak osoba nowego dowódcy.
– Druzus mówił, że Tytus Didus to bezwzględny dowódca… – zauważył.
Lucjusz Korneliusz wzruszył ramionami i odparł, wciąż patrząc na tor wyścigowy.:
– Marek Liwiusz Druzus to idealista. Gdyby mógł to nadałby obywatelstwo rzymskie wszystkim plemionom : i tym sprzymierzonym, i tym zupełnie obcym… Podobno nawet spotyka się z przedstawicielami italskich plemion…
Sertoriusz wbił zaskoczone spojrzenie w pretora. Ten dostrzegł je i roześmiał się :
– Nie rób takiej zdziwionej miny, Setroriuszu. Lepiej jest wiedzieć takie rzeczy przed czasem.
– Ale postępowanie Druzusa to nic złego dla Republiki…
– Czas pokaże…
Korneliusz wstał bijąc brawo kolejnemu zwycięzcy. Sertoriusz przyłączył się do niego. Po kolejnej ceremonii wręczania palmy, Sulla odwrócił się do swego towarzysza i rzekł spiesznie:
– Jeżeli zechcesz , polecę cię Didusowi, będziesz mógł wyjechać do Hiszpanii…
Sertoriusz zdążył tylko krótko odpowiedzieć „Zastanowię się.”
Trębacze zagrali na swoich instrumentach.
Lucjusz Korneliusz podniósł rękę do góry uciszając ludzi. Jego pewność siebie i łatwość , z jaką przemawiał do ludzi mogły imponować najlepszym mówcom.
– Ludu Rzymu! – rozległ się jego donośny głos – Nie pytaj co przyniesie jutro. Oto ja daruję ci dzień dzisiejszy!
Odpowiedział mu jeden wielki aplauz.
Pretor dał znak, a z otwartych bram ruszyła wielka gromada przystrojonych lwów, które miały być ofiarami wielkich łowów. Było ich wszystkich ponad sto sztuk. Takiej ilości drapieżników nikt nigdy wcześniej nie sprowadził do Rzymu. Sertoriusz milcząco zastanawiał się ile to widowisko mogło kosztować. Niektórzy już potajemnie oskarżali Korneliusza, że kupił sobie tytuł pretora. Inni jak jeden z członków rodziny Juliuszów Cezarów mieli odwagę publicznie go upominać.
„Czyja fortuna stała za tym cynicznym człowiekiem? Lucjusza Krassusa ?” myślał gorączkowo Sertoriusz. „Nie, Krassus działał w zupełnie innym stylu. A więc kogoś z Metellich? Tylko kogo?” Sertoriusz jednego był pewny: Lucjusz Korneliusz z każdym dniem stawał się coraz bardziej wpływowy. I budował swoje stronnictwo. To oznaczało, że albo można było zostać jego sojusznikiem , albo wrogiem…
Na głowy zgromadzonych widzów posypały się płatki róż… Spektakl, jakiego nie oglądano jeszcze w Circus Maximus właśnie się rozpoczynał…
Zachwycony tłum skandował imię pretora, zupełnie nie przejmując się zniesmaczonymi minami niektórych arystokratów…

Rozdział czwarty. Przeklęte złoto z Tolosy

Zasłony w atrium eleganckiego domu Lucjusza Krassusa podniosły się uniesione gwałtownym podmuchem. Do środka wbiegł młody mężczyzna, bacznie rozglądając się na wszystkie strony. Był wyczerpany podróżą, jego ubranie nosiło ślady długotrwałej jazdy na koniu.
Bezceremonialnie nakazał się prowadzić do gospodarza domu.
Krassus wypoczywał właśnie w niewielkim pomieszczeniu obok atrium. Stał tu miniaturowy stolik na trzech nóżkach, na którym niewolnicy ustawili dwie patery, ozdobione drogocennymi kamieniami.
Pan domu niedbale delektował się owocami, po które sięgał co pewien czas.
Ciemnoskóry niewolnik przyniósł też na tacy puchar z wygrawerowanym herbem Licyniuszy. Krassus musnął go ustami, kosztując nieco wina.
Nagłe poruszenie w atrium przykuło jego uwagę. Nim jednak miał okazję zapytać o przyczynę tego tumultu, niespodziewany gość stanął w drzwiach. Krassus niechętnym okiem rozpoznał Kwintusa Serwiliusza Caepio. Przybyły był bardzo wzburzony, a jego twarz barwiły czerwone pasy, tak charakterystyczne dla osób odczuwających silne emocje.
Krassus był tak zaskoczony widokiem niezapowiedzianego gościa, że jego dłoń trzymająca kiść winogron, zawisła na moment w powietrzu.
– Kwintusie Serwiliuszu, wróciłeś do Rzymu – zabrzmiało bardziej stwierdzenie niż pytanie – Myślałem,że jesteś…
– Widzę , że wielu ludzi nie oczekiwało mojego powrotu. A najmniej przyjaciele, rodzina i własna żona. – oznajmił wściekle Caepio.
Krassus zmarszczył brwi. Nie lubił takich historii jak ta, która dotknęła Serwiliusza. Ale od czasu do czasu skandale wstrząsały życiem Wiecznego Miasta; były równie nieuniknione jak burza latem czy mróz w samym środku zimy. Stanowiły dla większości ludzi doskonałą rozrywkę, z wyjątkiem oczywiście samych zainteresowanych.
To co zrobiła Liwia Drusa wprawiło w osłupienie cały Rzym. Uciekła od swojego męża Serwiliusza i zamieszkała z młodym Markiem Porcjuszem. Nie mając formalnego rozwodu, urodziła dziecko, które według prawa miało nazywać się Kwintus Serwiliusz Caepio.
Teraz Krassus obserwował profil swego gościa. Ten wyrwał niewolnikowi puchar z winem i jednym haustem wychylił jego zawartość.
– To nie jest moje dziecko. Nie płynie w nim nawet kropla mojej krwi – wycharczał z trudem swoją skargę, ocierając usta z napoju. – Syn , na którego tak czekałem, dziedzic mojego imienia jest bękartem… – tu Serwiliusz zwrócił się w stronę rozmówcy – Zrób coś, na bogów… Jesteś przecież pretorem. Nie pozwól, abym ludzie kalali reputację mojej rodziny, którą tak długo staram się odbudować.
Krassus westchnął. Prośba była trudna, wręcz niemożliwa do spełnienia.
Znał dobrze ludzki żywioł: plotkarze pośmieją się, wreszcie znudzą się i zapomną o sprawie, szczególnie, gdy znajdą inny temat do rozmów.
– Uznano to dziecko za moje – wycedził przez zęby Serwiliusz.
– Dura lex, sed lex.(łac. Ciężkie prawo, ale prawo)
– Tylko tyle masz do powiedzenia? – wybuchnął ze zdwojoną siłą Caepio.
– Ona wciąż formalnie była twoją żoną, gdy urodziła chłopca. Znasz nasze prawo, dziecko otrzymuje nazwisko rodowe ojca…
– Przecież to kpina…
– Ani ty, ani ja niczego nie poradzimy… Spróbuj porozmawiać z Druzusem…
– A o czym mam rozmawiać? – wykrzyknął znów Serwiliusz – Broni siostry, na dodatek zachowuje się jakby był najważniejszy w całym państwie…
– Wasza kłótnia…publiczna kłótnia nie jest dobra dla republiki. Byłoby lepiej dla wszystkich , gdybyście się porozumieli…
Caepio milczał, jego twarz mieniła się wszystkimi odcieniami czerwieni. Najchętniej przerwałby te wywody Krassusowi.
– Musisz wybrać – rzucił wreszcie. Zbliżył się do Lucjusza – Wybieraj : ja albo Druzus. Nie możesz popierać nas obu jednocześnie.
Krassus przyjrzał się rozgorączkowanemu młodemu człowiekowi.
– Zapominasz się, Kwintusie Serwiliuszu – stwierdził chłodno – Przez wzgląd na twojego ojca, naszą przeszłość… Udam, że nie słyszałem tego co właśnie powiedziałeś.
Serwiliusz miotał się wściekle ze swoimi emocjami.
– Jak uważasz – odparł rozgoryczony – A zatem cię opuszczę… Nic tu po mnie…
I wypadł z pomieszczenia jak burza. Krassus nerwowo zmiął trzymaną w ręku chustkę.
Powrót do domu nie uspokoił nerwów Kwintusa. Jedynym pocieszeniem był fakt, że nie mieszkał już w domu Druzusa, że Krassusowi udało się odzyskać dawną rezydencję Serwiliuszy. Terencja Varra dostrzegła powrót syna i wezwała go do do swoich komnat. Oprócz matki zastał tam również młodszą siostrę i jej dwóch synów. Ogarnęły go złe przeczucia.
– Co się stało ?- zapytał.
– Metellus Celer odesłał ją z listem rozwodowym.
– Pięknie! Co za szczęście zsyłają na mnie bogowie… W krótkim czasie tracę wszystkich szwagrów! Co uczyniłaś, że cię odesłał?! – ryknął zbliżając się do siostry. Wystraszeni malcy uciekli na koniec pokoju, lękając się gniewu wuja.
Serwilia Młodsza wybuchnęła żałosnym płaczem.
– To nie jej wina, Kwintusie – oznajmiła matka- To Celer uwiódł żonę Scewoli i wczoraj ją poślubił.
Caepio słuchał tego jak ktoś , kto nie do końca rozumie co mu właśnie powiedziano.
– W jakich ciekawych czasach żyjemy!! – powiedział wreszcie – Prawa, moralność nikogo już nie obchodzą. Można odesłać jedną żonę i poślubić natychmiast inną! Albo urodzić dziecko, którego ojcem jest inny…
Terencja Varra zagryzła wargi, ale nic nie powiedziała. Od dwóch dni bezsilnie obserwowała rozpacz syna.
– Liwia Drusa… – zaczęła nieśmiało.
– Nie wymawiaj imienia tej dziwki! Jej nie ma !Ona nie istnieje!
– A twoje córki?
– Co mnie obchodzą córki? Niech sobie jej weźmie…
– Nie mów tak – przelękła się Terencja. -To moje wnuczki…
– Nawet Krassus nie kiwnie palcem w mojej sprawie… Nie chcę go znać, skoro popiera tego łotra Druzusa.
– Przestań – przerwała mu -. Nie możesz stracić poparcia kogoś takiego jak Lucjusz Krassus. On pomógł naszej rodzinie, gdy wszyscy się od nas odwrócili.
– Nie pozwolę nikomu sobą pomiatać … – dodał tajemniczo Kwintus.
Przeszedł szybkim krokiem do ołtarza stojącego w atrium . Zapalił lampki oliwne tuż przed ołtarzem domowych bóstw.
– Wzywam was pradawne duchy – wycedził głucho Caepio – Pomóżcie mi dokonać zemsty: na nich wszystkich… Na tych , którzy mnie zdradzili…Liwia, Marek Porcjusz Katon, Druzus, niech zapłacą jak najwyższą cenę…
Usłyszał za sobą cichy szelest.
Gdy odwrócił się dostrzegł Serwilię Młodszą. Twarz siostry wciąż była we łzach.
– To nie jest ich wina…To wszystko przez to przeklęte złoto z Tolosy, które zabrał nasz ojciec…
– Co takiego? – zdumiał się Serwiliusz.
– To gniew boga Apollina. Nasz ojciec, zabierając ze świątyni złoto, obraził bogów. To klątwa, która zniszczy naszą rodzinę…jednego po drugim …, nikt się nie uratuje…aż do ostatniego z rodu. Współczuję mu – załkała nerwowo Serwilia – współczuję temu, na kim nasz ród się zakończy. Kimkolwiek on będzie…
(przyp. autora – ostatnim z rodu będzie Kwintus Serwiliusz Caepio Brutus, znany też jako Marek Juniusz Brutus, jeden z morderców Juliusza Cezara)

Rozdział piąty. Wybraniec bogini

Wiatr delikatnie poruszał liśćmi drzew, które rosły równym rzędem wzdłuż szerokiej drogi.
Samotny jeździec wolno sunął głównym traktem. Czasem zatrzymywał się, zerkając melancholijnie na okolicę, a potem wznawiał swoją podróż.
Ubrany był w strój podobny do wędrownych handlarzy, którzy wielokrotnie przemierzali tę okolicę. Mimo to w jego ruchach kryło się coś, co mogło świadczyć o wojskowej dyscyplinie.
Kwintus Sertoriusz nie pierwszy już raz przemierzał nieznaną sobie krainę w przebraniu. Ale tym razem czuł,że musi postępować bardzo ostrożnie. Bowiem od dłuższego czasu był śledzony.
Przyjrzał się tafli kałuży, powstałej po niedawnym deszczu.
Wiedział, że jego prześladowca jest wyjątkowo wytrwały. Pozostawał niezauważonym, bo sprzyjał mu rozkład terenu. Droga wiła się między niewielkimi pagórkami, pokrytymi gęstymi drzewami. Łatwo było kogoś śledzić w takich warunkach.
Sertoriusz postanowił się wtopić w krajobraz. Skręcił w pobliską gęstwinę, Wystarczyło kilka manewrów i skrył się między drzewami. Nie musiał długo czekać . Tajemniczy prześladowca wynurzył się z zielonej gęstwiny. Jego koń przystanął , strzygąc nerwowo uszami, jakby wyczuwał niebezpieczeństwo. Jeździec rozejrzał się niepewnie, ale wjechał głębiej w zarośla.
Wystarczył moment. Ptaki ,ukryte w gąszczu, poderwały się do lotu, spłoszone przez nagły ruch.
Prześladowca znalazł się na ziemi, przygnieciony ciężarem ciała osoby, która śledził.
Szybkość, z jaką zaatakował Sertoriusz, zaimponowałaby każdemu. Tamten mężczyzna zdążył tylko jęknąć głucho. Obrócił się jednak prędko i sięgnął po broń: mały sztylet, który chował w połach płaszcza. Sertoriusz uśmiechnął się blado. Nie chciał zabijać. Potrzebował informacji.
– Wystarczy .– oznajmił pewnie, podnosząc się – Nie po to mnie chyba śledzisz, aby teraz zabić…
Mężczyzna jakby sobie o czymś przypomniał, bo powoli schował sztylet.
– Coś ty za jeden i dlaczego za mną jedziesz?!
Milczenie było odpowiedzią.
Sertoriusz przyjrzał się przeciwnikowi. Na pewno pochodził z tutejszych plemion, ale dyscypliny nauczył się w rzymskiej armii. I tej z pewnością służył.
– Jesteś zwiadowcą z miasta Castulo? – padło kolejne pytanie. Milcząc potwierdzisz moje przypuszczenia.
– Tak, pochodzę z Castulo – odbąknął z dumą mężczyzna.
– To dlaczego mnie śledziłeś?
– Taki dostałem rozkaz od tamtejszego dowódcy, Fadiusza.
Sertoriusz odetchnął. Jego przypuszczenia znalazły potwierdzenie.
– Od dowódcy garnizonu? – zdziwił się – A skąd wiedzieliście, że przyjadę? Decyzja zapadła niedawno…
Pokonany milczał. Sertoriusz wyciągnął do niego rękę. Ten po chwili wahania przyjął ją, wstał i otrzepał się z kurzu.
– Cóż, skoro jedziemy w jednym kierunku, dalszą drogę możemy przebyć razem, nie sądzisz? – zażartował Sertoriusz- I tak zamierzałem rozbić obóz i coś zjeść. Możesz mi towarzyszyć , jeśli chcesz.
Mężczyzna nie odpowiedział.
– Rzymianie – wymamrotał pod nosem, ale ten komentarz, pełen niechęci, nie umknął uwadze Sertoriusza.
– Długo za mną jechałeś?
Sertoriusz uporczywie zadawał pytania.
Zwiadowca nie mógł lub nie chciał udzielić mu tej odpowiedzi. A jakie to teraz miało znaczenie?
Zatrzymali się na postój. Konie były już zmęczone, Kwintus obejrzał podkowę swojego rumaka.
Sertoriusz rozpalił małe ognisko. Pogrzebał w płomieniu, a ten rozbłysł ze zdwojoną siłą. Przyglądał się twarzy towarzysza : ponuroszarej, pod oczami pokrytej siateczką zmarszczek, jego postrzępionym włosom, wreszcie zmierzwionej, od dawna niestrzyżonej brodzie. Jego niechlujny wygląd i nędzne odzienie, jakie miał na sobie, sprawiały, że trudno było się domyśleć ile ten człowiek mógł mieć lat.
– Długo jechałem za tobą. Od samego pasma gór.- oświadczył nagle zwiadowca.
– I spodziewałeś się mojego przybycia?
Pokiwał głową z aprobatą. Sertoriusz zatopił się w myślach. Niewiele osób wiedziało,że samotnie wyruszy na wyprawę do Hiszpanii. Chciał poznać tę krainę, wmieszać się w tutejsze plemiona, dowiedzieć jak żyją . Gdyby przybył na czele zbrojnego oddziału, nie zdobyłby żadnej wiedzy. Wiele osób odradzało mu ten wyjazd, najbardziej matka. Pamiętał wzruszenie jakie ogarnęło go, gdy się z nią żegnał. Tak synowie odpłacają wszystkim matkom świata za trud poniesiony w ich wychowanie. Jednak Rea nie poskarżyła się nawet słówkiem. Zawsze była dzielna, jak na matkę prawdziwego Rzymianina przystało. Czasami nawet zazdrościł jej tego spokoju, z jakim traktowała bieg rzeczy. Przed jego wyjazdem złożyła ofiarę w świątyni Diany, polecając przyszłość syna tej właśnie bogini.
Sertoriusz westchnął. Minęło już sporo czasu odkąd opuścił Rzym. Od prokonsula Hiszpanii, Tytusa Didiusa otrzymał rozkaz udania się do miasta Castulo i zaprowadzenia w nim porządku. Słuchy niosły, że dowódca obozu, niejaki Fadiusz, uchyla się od wypełniania obowiązków. To musiała być prawda, skoro wysłał zwiadowcę , aby ten go śledził. Popatrzył z dezaprobatą na mężczyznę.
Ale ten nic nie odpowiedział.
Sertoriusz podniósł się i podszedł do koni.
– Jedźmy już. Fadiusz zapewne czeka.
Zwiadowca zerknął na niego przelotnie, niepewny jego intencji. Ale po chwili do niego dołączył.
Obaj ruszyli wolno traktem, aż znikli za zakrętem.

Miasto Castulo tonęło w przedwieczornym zmierzchu. Była to całkiem spora miejscowość, do której chętnie ciągnęli okoliczni wieśniacy. Tutaj można było spotkać kupców z różnych krain, kwitł handel , a przy nim i nielegalne interesy.
Miejscowi z zainteresowaniem przyglądali się Sertoriuszowi i jego towarzyszowi, gdy ci niespiesznie sunęli wąskimi uliczkami. Niektórzy ustępowali im z drogi.
Ciekawskie dzieciaki, z szeroko otwartymi ustami , wpatrywały się w przyjezdnych. Czekały, aż ktoś rzuci im kilka monet.
Tuż za głównym placem obaj mężczyźni skręcili w stronę budynków, gdzie stacjonowali rzymscy żołnierze.
Gdy dotarli na dziedziniec, Sertoriusz dostrzegł grupę rozproszonych legionistów, którzy najwyraźniej zadomowili się w mieście. Bacznie lustrował panujący wszędzie nieporządek. W każdym miejscu leżały porozrzucane rzeczy: brudne, na pół rozbite dzbany, zbrązowiałe napierśniki, kawałki starych szmat , a nawet obrok dla koni.
Żołnierze poustawiali kilka namiotów wokół budynków, których przeznaczenia Sertoriusz nie potrafił się domyśleć. To w tym miejscu skupiło się teraz życie stacjonujących Rzymian.
Na środku dziedzińcu paliło się wielkie ognisko, nad którym niemłody już żołnierz obracał pusty rożen. Sięgnął on do dzbana stojącego obok, podniósł do ust i ze zdumieniem przekonał się, że nie ma w nim ani kropli. Wpatrywał się w niego i oglądał ze wszystkich stron, jakby natrafił na niecodzienne zjawisko.
Sertoriusz powoli zsiadł z konia , rozglądając się dookoła.
Na rogu placu, dwóch podchmielonych żołnierzy tarmosiło jakąś dziewkę, równie pijaną jak i oni. Cała trójka raz po raz wybuchała śmiechem.
– Gdzie wasz dowódca? – Sertoriusz zapytał mężczyznę z dzbanem.
Ten popatrzył na niego jakby nie do końca zrozumiał pytanie.
-Co?! – bąknął wreszcie niewyraźnie.
– Pytałem, gdzie jest wasz dowódca ?– powtórzył cierpliwie Sertoriusz. Żołnierz wykonał bliżej nieokreślony ruch głową , jakby wskazywał budynek tuż za nimi.
Sertoriusz spojrzał na zwiadowcę i śmiało ruszył do wejścia, jego towarzysz niechętnie podążył za nim. W przedsionku natknęli się na na dwóch mężczyzn, leżących niedbale i chrapiących głośno. Sertoriusz niechętnie poruszył nozdrzami: w budynku panował zaduch przemieszany z odorem pijackiej libacji. Nieporządek królował tu tak samo jak i na zewnątrz, w prawie każdym pomieszczeniu spali legioniści. Sertoriusz próbował dobudzić kilku z nich i uzyskał w końcu informację,że dowódca jest w pokoju po prawej.
Na progu napotkał lekko pijaną kobietę, która naciągała na siebie ubranie. Uwiesiła się na ramieniu Sertoriusza i chuchnęła mu w twarz nieświeżym oddechem:
– Podaruj mi kilka brzęczących monet , panie, a dam ci rozkosz , jakiej w życiu nie zaznałeś!
Sertoriusz odepchnął ją, a kobieta ze śmiechem oddaliła się w głąb domu.
Gdy wszedł do pokoju, dostrzegł mężczyznę średniego wzrostu, usiłującego wciągnąć na siebie tunikę. Pomagał mu mały, hiszpański niewolnik,
Dowódca szukał czegoś po omacku na łożu, a drugą ręką ściskał czoło najwidoczniej walcząc z silnym bólem głowy. Jego mętne spojrzenie napotkało wreszcie Sertoriusza, który zatrzymał się tuż przy drzwiach.
– Szukam dowódcy oddziału – zaczął bez wstępów Sertoriusz. Mężczyzna był zbyt zaspany , by poznać z kim ma do czynienia. Sertoriusz niewiele myśląc , ujął stojące obok wiadro z wodą i wylał jego zawartość na głowę domniemanego dowódcy. Ten otrzeźwiony zerwał się na równe nogi.
– Co jest?! Ktoś ty?
Teraz dostrzegł stojącego w drzwiach swojego zwiadowcę i domyślił się z kim ma do czynienia.
– Szukam dowódcy – ponownie powtórzył Sertoriusz.
Mężczyzna krztusił się i przecierał twarz.
– Ja tu dowodzę. Fadiusz. – wyszeptał wreszcie ciężko.
– Nie widać , abyś tu dowodził. Prawdę mówiąc tutaj nikt nie dowodzi-ironicznie zażartował nowo przybyły – Jestem Kwintus Sertoriusz. Twój szpieg zadbał , abym bezpiecznie trafił do miasta.
Zwiadowca wycofał się dyskretnie z pokoju. Fadiusz wytarł się do sucha i milczał.
– Tutaj to zawsze tak wygląda? Codzienne pijaństwo?To może skrócić życie-ciągnął uszczypliwym tonem Sertoriusz.
– Jesteś też medykiem? – zakpił tym razem Fadiusz, który wreszcie skończył się ubierać.
– Na twoje szczęście nie. Poczekam, aż się lepiej poczujesz. Zapraszam wieczorem na moją kwaterę, oczywiście jak tylko jakąś znajdę. Opowiesz mi o tym mieście podczas wieczerzy. Bez nadmiaru wina – dodał z usmiechem.
Mimo wszystko dobry humor nie opuszczał Sertoriusza.
Wyszedł z izby, czując na sobie niechętny wzrok Fadiusza.

Kwintus Sertoriusz do prokonsula Tytusa Didiusa,

O, najszlachetniejszy z szlachetnych!
Mam nadzieję, że ty i twoja armia cieszycie się dobrym zdrowiem.
Jak ci zapewne wiadomo, dotarłem do miasta Castulo , w którym stacjonują nasze dwa legiony. Niestety, sytuacja z jaką tu się zetknąłem, daleka jest od tego, jak nasi żołnierze powinni zachowywać się w czasie pobytu w lożach zimowych. Dezercja, masowe pijaństwo, grabieże i rozboje stały się powszechne wśród rozpasanych żołnierzy. Miejscowa ludność nie patrzy na nas przychylnie, a tutejszy dowódca, niejaki Fadiusz, nie potrafi zarządzać podległymi mu żołnierzami,
Dlatego, proszę ciebie, o najszlachetniejszy, o rozkazy co do mojego dalszego postępowania. Czy mam przejąć dowodzenie i zaprowadzić porządek w szeregach? , Sytuacja pogarsza się z dnia na dzień, a zatem czekam na wieści od ciebie.

Trybun wojskowy,
Kwintus Sertoriusz

Na odpowiedź Sertoriusz musiał jednak długo czekać.
Kilka następnych dni w miasteczku Castulo nie przyniosło żadnych oczekiwanych zmian. To co najbardziej uderzało Sertoriusza w zachowaniu Hiszpanów to niezwykła buta, z jaką odnosili się do rzymskich żołnierzy. Nie byli ulegli, ale wręcz przeciwnie : stali się dumni, aroganccy, co szczególnie zaskakiwało postronnych obserwatorów. Nie wróżyło to niczego dobrego.
Sertoriusz zdążył już poznać część okolicznych plemion, ale mieszkańcy Castulo zaskoczyli go najbardziej.
Próbował o tym porozmawiać z Fadiuszem podczas wspólnej wieczerzy, ale dowódca zbył go kilkoma uwagami. Nie uważał mieszkańców za groźnych przeciwników; nie wyobrażał sobie, że jakakolwiek konfrontacja z nimi jest możliwa.
– Tutejsze plemiona są po prostu niezorganizowane – tłumaczył – Musieliby mieć naprawdę silnego przywódcę, aby nam zagrozić, ale to wątpliwe. Ktoś taki nie istnieje – dodał z pewnym wahaniem. Starał się odzyskać w oczach Sertoriusza opinię kompetentnego oficera, ale ten nie wierzył w ani jedno słowo, które od niego usłyszał.
Za to wierzył w to, co słyszał na ulicy. Wiecznie pijani, wszczynający burdy żołnierze Fadiusza stanowili doskonałe odzwierciedlenie całej sytuacji. Sertoriusz próbował ich dyscyplinować, ale te działania nie przynosiły spodziewanych efektów.
Grupa żołnierzy stacjonująca w mieście, wydawała się odporna na wszystkie znane mu formy dyscyplinowania. Nie chciał się uciekać do decymacji, gdyż miasto i tak posiadało mocno nadwątlone siły na wypadek koniecznej obrony przed wrogiem.
Dlatego od samego początku Kwintus Sertoriusz słał listy, jeden po drugim do Tytusa Didiusa, z prośbami o dalsze instrukcje.
Odpowiedzi się nie doczekał, a sprawy wymagały natychmiastowego działania. Po kilkudniowym pobycie w mieście zrozumiał,że na Fadiusza nie ma co liczyć. Dowódca zachowywał się podobnie do swoich podwładnych, z tym jedynie wyjątkiem, że nie dokonywał rozbojów w ciągu dnia. Ale tego, że potajemnie mógł czerpać z nich zyski, tego Sertoriusz z całą pewnością nie potrafił już wykluczyć.
Dni mijały. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta.
Sertoriusz nie był już zdziwiony, gdy nad ranem budziły go głośne krzyki i wyrywały ze spokojnego snu.
Problem był zawsze ten sam, pijany Rzymianin wdawał się w bójkę z miejscowym.
– Wynoś się stąd, ty rzymski przybłędo, wracaj tam skąd przybyłeś! – wołał w zapamiętaniu mieszkaniec Castulo.
Szybka interwencja Sertoriusza i jego ludzi zwykle studziła emocje. Kazał wtedy odprowadzić rzymskiego żołnierza i uspokajał miejscowego.
– Odejdźcie od nas! – wołał wściekle Hiszpan – nikt was tu nie zapraszał! – dorzucał gniewnie i odszedł miotając przekleństwa.
Centurion Marek, który niedawno dołączył do Sertoriusza, kiwał w takich chwilach głową z dezaprobatą :
– Jest coraz gorzej – powtarzał – Nie wróży to nic dobrego …
I Sertoriusz, choć niechętnie, musiał przyznać mu rację.
Wściekłość miejscowej ludności narastała niczym ciemna i groźna fala.

Ta niepewność jutra, zamieszki w mieście, bierna postawa dowódcy, sprawiły, że Sertoriusz zaczął źle sypiać. W nocy długo nie mógł zasnąć, a gdy to mu się wreszcie udało, dręczyły go koszmary.
Jednego wieczoru zapadł w wyjątkowo głęboki sen. Śniło mu się, że oto stoi pośrodku płonącej Troi. Widział przed sobą wielki pałac Priama, spowity chmurą dymu; ogień wdzierał się do rezydencji innych trojańskich arystokratów.
On sam stał pośrodku tej pożogi, nie mogąc się poruszyć.
Czuł, że oto Grecy nadciągają, że za chwilę włócznia lub miecz przeszyją go na wylot.
Nagle obraz płonącej Troi rozmył się zupełnie.
Sertoriusz zbudził się zlany potem. Po chwili zrozumiał,że to nie koszmar go zbudził, ale rozpaczliwe ludzkie krzyki . Drewniane okiennice otwarły się, poruszone nagłym podmuchem, przynosząc ze sobą zapach spalenizny. Miasto Castulo naprawdę płonęło!
Straszliwa prawda zaświtała mu w głowie. W okamgnieniu uświadomił sobie, że ktoś musiał napaść na mieszkańców i stacjonujących w mieście żołnierzy…

Rozdział szósty. Dwa miasta

– Panie! Ktoś napadł na miasto! – głos centuriona wypełnił izbę. Kwintus Sertoriusz, zupełnie już rozbudzony ze snu, naciągał na siebie spiesznie ubranie. Słowa Marka sprawiły, że wszystkie jego zmysły pracowały jak należy. Pochwycił gospodarza wypytując o to co się dzieje, ale ten w popłochu uciekł w głąb domu.
Sertoriusz, w otoczeniu swoich ludzi, wybiegł na ulicę.
– Kim są napastnicy?! – próbował się dowiedzieć, ale w całym Castulo zapanował chaos. Słychać było krzyki, jęki mordowanych, gdzieniegdzie ogień zajął kilka budowli, w jego łunie odbijały się obce, nieznane twarze atakujących.
To co się działo na zewnątrz zszokowało go. Przez jedną chwilę myślał nawet, że to nie jeden wróg, a niezliczone zastępy wrogów napadły na miasto i wycinały jego pogrążonych we śnie mieszkańców. Ale po chwili dotarła do niego straszliwa prawda -że to nie mieszkańcy byli atakowani, ale rzymscy żołnierze. Od strony kwater, gdzie stacjonowali, dobiegały mrożące krew w żyłach okrzyki. Nad nimi górowały inne , momentami przypominające dzikie wycie, z jakimi zwierzęta rzucają się na swoje ofiary. Sertoriusz zamarł przez chwilę. Zdawało mu się , że wśród tych nieludzkich okrzyków rozpoznaje mu znany wcześniej dialekt. Pochwycił jednego z rzymskich legionistów, chociaż ten próbował mu się wyrwać.
– Uchodź, panie!– wołał żolnierz -to mieszkańcy napadli na rzymskich żołnierzy i osadników. Mordują wszystkich Rzymian! Bramy są zamknięte!
Sertoriusz chciał ruszyć w stronę wroga, ale powstrzymał go jeden z jego ludzi:
– Nie , panie, jest nas zbyt mało!
– Ale oni mordują naszych ludzi! Fadiusz…- Sertoriusz chciał skoczyć w stronę kwatery dowódcy, ale centurion trzymał go mocno.
– Jemu już nie pomożesz, a my musimy się wydostać. Musimy stąd uchodzić! – powtarzał Marek -Prędko! W stronę północnej bramy!
Poddać się?! To nie leżało w naturze Sertoriusza! Uciekać niczym tchórz, zostawić innych?
Ale potworny harmider, który panował w mieście, zmusił go do racjonalnej oceny sytuacji. Jedyne co można było uczynić to wycofać się.
Po drodze napotkali kilku pojedynczych mieszkańców, którzy nie zaatakowali ich jednak.
„Łatwiej w grupie mordować bezbronnych” pomyślał ze złością Sertoriusz. Czuł jak ta złość stopniowo w nim rośnie i ogarnia go całego.
Przy bramie zastali kilku strażników, , którzy na ich widok natychmiast sięgnęli po broń. Wywiązała się krótka walka, w której lepsi weteranie Sertoriusza szybko osiągnęli przewagę. Kwintus wyprowadził z budynku obok kilka koni.
– Uciekają! – krzyczał powalony na ziemię strażnik.
Wiedzieli już, że jego krzyki zaalarmowały innych. W okamgnieniu dosiedli przerażonych rumaków, które zwietrzyły zbliżający się ogień i stały się niespokojne.
Otwarto bramę i ludzie Sertoriusza , jeden po drugim opuszczali miasto. Kwintus był jednym z ostatnich.
Nagle pojawiło się kilku mieszkańców, którzy wyrośli przed nimi niczym mary spod ziemi. Zaatakowali uciekających.
Pochodnie zamigotały w powietrzu.
Sertoriusz poczuł zapach płonącego ciała i usłyszał krzyki swoich ludzi. Jeszcze nigdy nie widział tutejszych walczących z taką dziką pasją.
– Uciekaj, panie! – zawołał jeden z jego najwierniejszych weteranów – Uciekaj!- zawołał zdesperowany – Ja ich zatrzymam! – zawołał widząc wahanie Sertoriusza.
Przez moment Kwintus dostrzegł twarz swojego żołnierza, przez jeden, jedyny moment jego dobrotliwe, szczere spojrzenie zdołało mu się wyryć w pamięci.
Ponaglił konia i przekroczył bramę.
Nie wiedzieli jak długo jechali i czy ktokolwiek ich ścigał.
Ciemna, bezgwiezdna noc przykryła swoim woalem uciekających, jakby chciała ich osłonić przed wszystkimi niebezpieczeństwami. Mrok był ich sprzymierzeńcem.
Niczego nie byli pewni. Nawet tego czy mieszkańcy podążali za nimi, czy też zostali w mieście zajęci dobijaniem tych, którzy nie mogli uciec.
Sertoriusz rozejrzał się wokół siebie. Towarzyszyła mu grupa ludzi, w ciemności nie mógł nawet oszacować ich dokładnej liczby.
W pewnym momencie Kwintus odzyskał przytomność umysłu i zdolność trzeźwej oceny sytuacji.
– Tam są jaskinie! Jedźmy tam! – wskazał kierunek na północny-zachód.
Żołnierze podążyli za nim. Nikt się nie sprzeciwiał. Mieli przywódcę.
Do jaskiń dotarli po upływie dobrej godziny. Tu, wśród skalnych załamań , zawsze lepiej było szukać schronienia.
– Wprowadźcie tutaj konie! – rozkazał Sertoriusz.
Zdawało się, że skały spoglądają na małych, ludzkich przybyszów z wyższością. Czasami rozległ się skrzek nocnego ptaka, który mógł przyprawić o drżenie serca. Uciec przed rzezią? czy można gdzieś w tej dumnej, gniewnej krainie znaleźć schronienie?

Autor: Joanna Morgan

IMPERIUM ROMANUM potrzebuje Twojego wsparcia!

Aby portal mógł istnieć i się dalej rozwijać potrzebne jest finansowe wsparcie. Nawet najmniejsze kwoty pozwolą mi opłacić dalsze poprawki, ulepszenia na stronie oraz serwer. Wierzę w to, że będę mógł liczyć na szersze wsparcie, które pozwoli mi jeszcze bardziej poświęcić się mojej pracy i pasji, maksymalnie usprawniać stronę oraz ukazywać świat antycznych Rzymian w interesującej formie.

Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM!

Nowości ze świata antycznego Rzymu

Jeżeli chcesz być na bieżąco z nowościami na portalu oraz odkryciami ze świata antycznego Rzymu, zapisz się do newslettera.

Zapisz się do newslettera!

Księgarnia rzymska

Zapraszam do kupowania ciekawych książek poświęconych historii antycznego Rzymu i starożytności. Czytelnikom przysługuje rabat na wszelkie zakupy (hasło do rabatu: imperiumromanum).

Zajrzyj do księgarni

Raport o błędzie

Poniższy tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów