Jeśli znajdziesz błąd ortograficzny lub merytoryczny, powiadom mnie, zaznaczając tekst i naciskając Ctrl + Enter.

Od popina do McDonald’s: rzymski fast food przed neonem

Ten wpis dostępny jest także w języku: angielski (English)

Street bar in Pompeii (AI generated)
Bar uliczny w Pompejach (wygenerowane przez AI)

W Rzymie „jedzenie na mieście” nie było fanaberią, tylko codzienną logistyką dużego miasta. Uliczne bary z gotowym jedzeniem, dziś opisywane przez archeologów jako thermopolia, działały przy kamiennej ladzie z wmurowanymi doliami, z których sprzedawano potrawy i napoje do zjedzenia od razu albo „na wynos”. Popularność takich miejsc brała się z realiów życia w insulae często bez własnej kuchni, więc szybki posiłek z ulicy był dla wielu zwykłym sposobem przeżycia. Najlepsze dowody dają Pompeje, gdzie zachowały się nie tylko same lady i naczynia, ale też freski, graffiti i resztki jedzenia, które pozwalają zajrzeć do menu sprzed prawie dwóch tysięcy lat.

Fast food nie narodził się w XX wieku. Wtedy narodził się jego współczesny model: standaryzacja, szybka obsługa i niskie ceny. White Castle (1921 r., Wichita) zrobiło z jedzenia system: szybko, tanio, powtarzalnie, a McDonald’s dorobił do tego globalną skalę. Ale sama idea jest starsza: w Rzymie też karmiono miasto „przy ladzie”, bez kuchni i bez ceremonii.

W starożytnym świecie rzymskim taki punkt „szybkiej obsługi” był czymś zwyczajnym. Tyle że zanim nazwiesz go thermopolium, warto uważać na słowa: starożytni nie zawsze używali tego terminu w jednym stałym znaczeniu, a w łacińskich tekstach częściej trafisz na określenia typu popina czy caupona. „Thermopolium” to raczej wygodna etykieta, którą naklejamy dziś, kiedy patrzymy na konkret archeologiczny. A ten konkret jest prosty: uliczny bar z gotowym jedzeniem i napojami, z murowaną ladą i wmurowanymi w nią doliami, czyli dużymi naczyniami, w których trzymano potrawy. Klient podchodził do blatu, wybierał, płacił, jadł od razu albo brał ze sobą.

Bo Rzym to nie tylko wille i marmur. To także insulae, kamienice czynszowe, w których mieszkały tłumy, a kuchnia w mieszkaniu nie była żadną oczywistością. W takim układzie „jedzenie na mieście” przestaje być fanaberią i staje się logistyką przetrwania. I tu pojawia się ciekawy odwrót w porównaniu z dzisiejszym wyobrażeniem: to nie zamożni „chodzili na drogie jedzenie” w centrum, tylko często bogaci jedli u siebie, bo mieli dom, przestrzeń i zniewolonych pracowników, którzy przygotowywali uczty podawane w dekorowanych salach biesiadnych. Ulica, bar, lada i szybki posiłek były domeną tych, którzy nie mogli sobie pozwolić na domowy komfort.

Najlepiej widać to w Pompejach, bo Pompeje zostały „gwiazdą” nie dlatego, że były wyjątkowe, tylko dlatego, że zostały zakonserwowane katastrofą. Tam właśnie, w Regio V, odkryto i udostępniono zwiedzającym taki „bar”, a park archeologiczny Pompejów wprost nazywa go czymś w rodzaju starożytnego snack baru. I nagle teoria zamienia się w scenę. Widać freski, które zdobiły lokal. Jeden sugeruje składniki, które mogły trafiać do garnków, na przykład koguta. Inny pokazuje motyw mitologiczny. A jeszcze inny łączy obrazek psa w obroży z czymś absolutnie współczesnym w duchu, czyli złośliwym napisem. Na ścianie zostawiono graffiti z imieniem Niciasa i obelgą, którą można oddać mniej więcej jako „Nicias, bezwstydny sraluch”. To działa jak kapsuła czasu, bo pokazuje, że ludzie dalej są tymi samymi ludźmi: lubią dopiec, zostawić po sobie ślad. Zmienia się technologia i miasto, ale nie zmienia się potrzeba komentarza.

Najmocniejsze są jednak rzeczy, które nie miały prawa przetrwać, a jednak przetrwały. W takich miejscach archeolodzy znajdują realne resztki menu: kości, muszle, fragmenty ceramiki. W opisie tego konkretnego lokalu z Pompejów pojawiają się kości kaczki, świni, kozy i ryb, a także muszle ślimaków, co sugeruje potrawkę z mięsa i owoców morza. Można wyobrazić sobie ten blat, naczynia w otworach kamienia i kogoś, kto podaje porcję jak dzisiejszy sprzedawca w okienku. Do tego dochodzą typowe pozycje kojarzone z takimi punktami: słone ryby, zapiekany ser, soczewica, pikantne wino. W jednym z naczyń podobno jeszcze długo wyczuwano charakterystyczny zapach wina, kiedy je odkryto. A w przekazach o rzymskich „przysmakach” pojawia się też obraz popielic pieczonych w miodzie, hodowanych w specjalnych naczyniach. To brzmi jak dowcip, ale właśnie dlatego działa na wyobraźnię. Nawet jeśli ktoś kręci nosem na detal, zostaje mu w głowie to, co najważniejsze: Rzymianie też mieli swoje „dziwne menu”, swoje przyzwyczajenia i swoje miejsca,
w których jadło się szybko.

I tu wracamy do sedna. Fast food nie jest wynalazkiem hamburgera. Fast food jest odpowiedzią miasta na tłok, na ubóstwo, na brak infrastruktury w mieszkaniach, na potrzebę nakarmienia człowieka bez ceremonii. Zmieniły się logotypy, skala i tempo, doszły aplikacje i dostawy, ale schemat pozostał ten sam: podejść do lady, wybrać z gotowego, zapłacić, zjeść.

Autor: Wojciech Bober

IMPERIUM ROMANUM potrzebuje Twojego wsparcia!

Jeżeli podobają Ci się treści, jakie gromadzę na portalu oraz, którymi dzielę się na kanałach społecznościowych, wdzięczny będę za jakiekolwiek wsparcie. Nawet najmniejsze kwoty pozwolą mi opłacić dalsze poprawki, ulepszenia na stronie oraz serwer.

Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM!

Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM

Odkrywaj tajemnice antycznego Rzymu!

Jeżeli chcesz być na bieżąco z najnowszymi wpisami na portalu oraz odkryciami ze świata antycznego Rzymu, zapisz się do newslettera, który jest wysyłany w każdą sobotę.

Zapisz się do newslettera!

Zapisz się do newslettera

Księgarnia rzymska

Zapraszam do kupowania ciekawych książek poświęconych historii antycznego Rzymu i starożytności. Czytelnikom przysługuje rabat na wszelkie zakupy (hasło do rabatu: imperiumromanum).

Zajrzyj do księgarni

Księgarnia rzymska

Raport o błędzie

Poniższy tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów