Ubrani dla kina, nadzy dla Rzymu
Są obrazy, które wracają jak uporczywy kadr z dawnego filmu: rząd krzyży ciągnący się wzdłuż drogi, ciało przybite do drewna, twarz zastygła w bólu, a na biodrach przepasana szata, skromna, niemal symboliczna, jakby miała osłonić nie tyle ciało, co sumienie widza. W pamięci zbiorowej ten obraz jest już wygładzony, przetworzony przez estetykę kina i ikonografię religijną, oswojony. Krzyż jawi się jako znak wiary albo jako dramat jednostki, a nie jako element państwowej machiny. Tymczasem Rzym, który tę karę uczynił narzędziem polityki, nie był zainteresowany osłanianiem czegokolwiek.
