Ta strona nie może być wyświetlana w ramkach

Przejdź do strony

Jeśli znajdziesz błąd ortograficzny lub merytoryczny, powiadom mnie, zaznaczając tekst i naciskając Ctrl + Enter.

Fragment najnowszej książki „Liwia. Matka bogów”

Zapraszam do przeczytania pierwszego rozdziału najnowszej książki Michała Kubicza: „Liwia. Matka bogów” – pasjonującej epickiej opowieści o burzliwej i pełnej zawirowań młodości jednej z najsłynniejszych kobiet starożytnego świata.

Byłam najpotężniejszą kobietą na świecie. Moje słowo, słowo żony ce­ sarza Rzymu, ważyło więcej niż słowa konsulów i senatorów. Moje posągi zdobiły miejskie fora, teatry i biblioteki nawet na krańcach znanego świata. O moją przychylność zabiegali najwięksi wodzowie i królowie.
By to osiągnąć, przebyłam długą drogę, której kolejne kamienie milowe były znaczone zdradą, morderstwem i lękiem o przyszłość, ale także miło­ ścią i troską o najbliższych. Nie zliczę, na ilu rozstajach musiałam doko­ nywać wyboru. Niektórzy mawiają, że nasz los jest zapisany w gwiazdach już w momencie narodzin i że wolna wola jest ułudą. Inni – że przez całe życie działamy zgodnie z życzeniem bogów, będąc tylko kośćmi w ich grze, i z pokorą winniśmy przyjmować to, co dla nas przewidzieli. Czy nasz ży­ wot okaże się rzutem Wenus, czy psa, tylko od ich ręki zależy. Cokolwiek na ten temat ludzie sądzą, wiem jedno: gdy nieśmiertelni rozpoczynali grę moim życiem, kości nie były łaskawe.
Tak długo zmagałam się z własnym przeznaczeniem, aż bogowie dali za wygraną. Ale jaką cenę przyszło mi za to zapłacić, wiem tylko ja. Ten słony rachunek ukryłam na dnie mojego serca na długie dziesięciolecia.
Wszystko przemija, ja także. Teraz mam już dużo ponad osiemdziesiąt lat, a nić mojego życia z każdym dniem staje się cieńsza. Dlatego z dy­ stansem właściwym ludziom żegnającym się z doczesnością mogę wreszcie ocenić wszystko, czego doświadczyłam i czego dokonałam. Mogę wrócić pamięcią do dawnych chwil i przyjrzeć się każdej z nich z osobna. Mogę wreszcie spokojnie zastanowić się, czy cena za odwrócenie boskich wyroków nie była za wysoka.

SIEDEMDZIESIĄT LAT WCZEŚNIEJ, LISTOPAD 43 ROKU P.N.E.

Niespełna szesnastoletnia Liwia nie mogła usiedzieć na miejscu. Matka co chwila prosiła ją, by doglądnęła służby, ale Liwia nie miała do tego głowy. Zerkała tylko na kuchenne, których pracy miała przypilnować, ale wciąż wracała do atrium i niecierpliwie spoglądała w stronę drzwi wejściowych.
Wreszcie rozległ się stukot kołatki. Z trudem powstrzymała się, by nie pobiec do przedsionka i nie otworzyć wrót. Taki brak opanowania byłby niegodny Rzymianki. Co by pomyśleli niewolnicy? Co by powiedziała jej matka, Alfidia? Z udawaną obojętnością usiadła na kamiennej ławce przy baseniku pełnym wody. Wreszcie sługa, który przyszedł wpuścić gościa, obwieścił na cały głos:
– Szlachetna Skrybonia, córka Skryboniusza Libona, przybyła w odwiedziny.
Gdy kobieca postać ukazała się w ciemnym przedsionku, dopiero wtedy rozpromieniona Liwia podbiegła do niej.
– Nie mogłam się doczekać! – Zarzuciła Skrybonii ręce na szyję. – Już myślałam, że nie przyjdziesz!
– Przecież obiecałam. Jak mogłaś we mnie zwątpić? – Skrybonia uśmiechnęła się. Była od Liwii dobrych kilka lat starsza. Urodę miała przeciętną, ale piękne długie włosy zaczesane w skomplikowany warkocz owinięty wokół głowy dodawały jej uroku. Liwia z ledwie skrywaną zazdrością spoglądała na jej rozwiniętą kobiecość – wydatne piersi, które Skrybonia z dumą podkreślała wysokim stanem sukni, i szerokie biodra obiecujące płodność. Sama Liwia była drobna i chuda, a jej biust tak płaski, że gdyby nie dziewczęca, krągła twarz, można by ją łatwo pomylić z wątłym chłopcem, którego ciała muskulaturą jeszcze nie przyozdobiła ani praca, ani wojenne rzemiosło, ani ćwiczenia w palestrze.
– Pewnie zziębłaś! Dzisiaj taki chłodny dzień… Każę ci podać grzanego wina! – Liwia klasnęła w dłonie, by przywołać niewolnicę.
– Ojciec kazał, bym wróciła do domu, nim skończy popołudniową wizytę w łaźni. Nie mogę zostać długo – uprzedziła Skrybonia.
– Ale zdążymy? – zaniepokoiła się Liwia.
– Oczywiście! – zapewniła tamta.
Usiadły koło siebie pod portykiem otaczającym ogródek. Skrybonia pogłaskała Liwię po głowie.
– Rozpuść włosy… – poprosiła.
Liwia wyjęła szpile, którymi upięta była jej fryzura.
– Czy będzie tak piękna jak twoja? – spytała niepewnie. – Żadna kobieta w całym Rzymie nie ma takiego uczesania jak ty.
– Wyjdzie świetnie – odrzekła przyjaciółka, po czym zaczęła zaplatać warkocze na głowie Liwii: najpierw z jednej strony, potem z drugiej.
– Będę ci wdzięczna! – odparła rozradowana dziewczyna.
– Masz wieści od ojca? – spytała Skrybonia, a Liwia natychmiast zmarkotniała.

– Nie. Matka mówi, że wszystko się ułoży, ale chyba sama już coraz mniej w to wierzy.
– Bardzo za nim tęsknisz? – spytała Skrybonia.
– Codziennie o nim myślę.
– Nie martw się. Już raz wyjechał na wojnę z Cezarem i gdy wszyscy sądzili, że poległ, nieoczekiwanie wrócił.
Liwia niewiele wiedziała o polityce. Słyszała o Gajuszu Juliuszu Cezarze, który sprzeciwił się woli rzymskiego senatu i odmówił złożenia urzędu, choć ustawowy czas po temu nadszedł. Wojna domowa rozlała się najpierw na Italię, a krótko potem na całe Imperium. Ojciec Liwii, Druzus, jak na prawdziwego republikanina przystało, sprzeciwił się Cezarowi i stanął po stronie Pompejusza Wielkiego, broniącego republiki przeciwko tyranii. Wyruszył na wojnę, z której po klęsce Pompejusza pod Farsalos wrócił jako przegrany – przeżył tylko dzięki łaskawości Cezara.
– Tak… wrócił… – Liwia ocknęła się z zadumy. – Wychudły, postarzały i jakiś inny. To ta klęska go odmieniła.
– Jak każdy patrycjusz, wolałby śmierć na polu chwały niż upokarzający akt łaski ze strony zwycięzcy – odpowiedziała Skrybonia.
Po powrocie Druzus z każdym dniem marniał w oczach. Wcześniej dumny, silny mężczyzna przeobraził się w zrezygnowanego starca napełniającego cały dom swą goryczą. Wszystko zmieniło się z dniem zamordowania Cezara. Druzus gorąco poparł spiskowców – Kasjusza i Brutusa. Wnet rozgorzała nowa wojna domowa, w której obrońcy republiki stanęli przeciwko tym, którzy uważali się za prawnych lub moralnych spadkobierców Cezara – jego przybranemu synowi Oktawianowi, Markowi Antoniuszowi i Emiliuszowi Lepidusowi. Druzus wraz z zabójcami dyktatora wyjechał na Wschód, by tam zebrać nową armię republikanów, pozostawiając żonę Alfidię i córkę Liwię same w Rzymie. Zwycięstwo wydawało się na wyciągnięcie ręki. Spadkobiercy Cezara byli skłóceni, więc ich pokonanie przez Kasjusza i Brutusa nie powinno sprawiać im trudności.
– Może teraz nadchodzące zwycięstwo nad cezarianami przywróci twemu ojcu męski wigor? – Skrybonia próbowała pocieszyć przyjaciółkę.
– Oby! Modlimy się o to z matką codziennie rano i wieczorem.
– Zdradzę ci coś… – powiedziała szeptem Skrybonia.
– Co takiego?
– Usłyszałam, jak mój ojciec rozmawiał z posłańcem.
– Czego się dowiedziałaś?
– Sytuacja się zmienia. Ponoć Antoniusz, Lepidus i Oktawian zawarli przymierze. Nazwali się triumwirami.
– Trium… co? – dopytywała Liwia. – Nie rozumiem!

– Głuptasek z ciebie, naprawdę! – Skrybonia się uśmiechnęła. – Triumwirami! To tak jakby… dyktatorem w trzech osobach. Rządzą razem, ale podzielili państwo między siebie.
– Jak to „podzielili”?
– Najważniejsze prowincje przypadły Antoniuszowi i Lepidusowi.
Oktawian dostał jakiś ochłap.
– Aaa, rozumiem. Co to dla nas oznacza?
– Ojciec mówi, że spadkobiercy Cezara zjednoczyli się przeciwko nam, zwolennikom republiki. Aby przypieczętować ten sojusz, Oktawian pospiesznie wziął za żonę pasierbicę Antoniusza.
– Klaudię???
– Tak.
– Przecież to dopiero dziesięciolatka!
– Klaudia nie jest aż takim dzieckiem. Ma już chyba dwanaście lat.
A może trzynaście? Sama nie wiem!
– Będzie z nią…? – Liwia szeroko otworzyła oczy. – No wiesz… Skrybonia wzruszyła ramionami.
– Prawo pozwala mu korzystać z przywilejów męża – powiedziała, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. – A może chodzi tylko zaręczyny? Hm… Nie jestem pewna…
– Ten sojusz nie jest dla nas dobry, prawda? – spytała Liwia.
– Bardzo niedobry! – potwierdziła jej przyjaciółka. – Dotychczas nasze rodziny miały nadzieje, że spadkobiercy Cezara będą jak psy walczące o kość. Że zagryzą się wzajemnie i wróci dawny porządek. Ale ich przymierze znacząco pogarsza sytuację nas wszystkich.
– Niechaj bogowie mają nas w opiece! – Przestraszona Liwia przyłożyła dłonie do ust. – Czyli nie ma szans na zwycięstwo Brutusa i Kasjusza? Nie ma nadziei dla mojego ojca?
– To nie wszystko! – Skrybonia ściszyła głos.
– Może być coś gorszego?
– Może. Triumwirowie zmierzają do Rzymu. Będą tu lada dzień!
– Co my zrobimy? – Liwia się przeraziła.
– Nic! – Skrybonia wzruszyła ramionami. – Jesteśmy kobietami. Ktokolwiek wygra, nam nic się nie stanie. Tylko nasi mężczyźni ucierpią…
Odsunęła się od Liwii, by jej się przyjrzeć.
– Skończone! – rzekła z zachwytem. – Wyglądasz olśniewająco!
Liwia wezwała niewolnicę z okrągłym zwierciadłem z polerowanego brązu i zaczęła się w nim przeglądać.
– Jesteś kochana! Dziękuję! – Rzuciła się przyjaciółce na szyję.

Było już dawno po zmroku, gdy w wielkiej willi na przedmieściach Formiae młody niewolnik Achnos usiadł na posłaniu przed wejściem do sypialni swego pana – Marka Tuliusza Cycerona. Ten wielki człowiek, ongiś prominentna postać rzymskiej polityki, miał zwyczaj dyktować listy do swych niezliczonych przyjaciół i zwolenników jeszcze długo po zachodzie słońca, tym razem jednak poszedł spać wcześniej niż zwykle. Achnos oparł się o ścianę obok drzwi i przymknął oczy, by zapaść w sen, ale na tyle lekki, żeby w razie niebezpieczeństwa bronić śpiącego pana. Nie mógł jednak zasnąć – krążące w głowie myśli nie dawały mu spokoju. Razem z Cyceronem przyjechał do Formiae raptem dzień wcześniej po tym, jak jego pan rozchorowawszy się na statku, którym płynął z portu w Astura do Achai, nakazał przerwanie podróży, by w swej urokliwej
nadmorskiej willi nabrać sił.
„Nie mogę tego zrobić! Kocham go jak ojca” – myślał niewolnik.
„Durniu! To tylko polityk! Zamiast o nim, pomyśl czasem o sobie!
Pomyśl o Chloe” – odpowiadał mu głos rozsądku.
„To nie byle jaki polityk!” – mówiło serce. „Twój pan był konsulem i najważniejszym człowiekiem w Rzymie”.
„Bzdura!” – krzyczał rozsądek. „Wszyscy wiedzą, że jego wielkość przeminęła, a dni są policzone. Spójrz na niego: z każdym dniem coraz bardziej zamyka się w sobie. Nawet listy dyktuje rzadziej, choć nic na świecie nie sprawia mu większej przyjemności!”
Próbował wyciszyć myśli i wreszcie zasnąć, lecz głos rozsądku nie dawał się stłumić: „Pomyśl o sobie! Pomyśl o Chloe!”. Te słowa uparcie wierciły mu mózg.
Achnos westchnął.
„Ach, Chloe! Jakże pragnąłbym cię teraz objąć!” – serce zaczęło mięknąć pod wpływem podszeptów rozsądku.
Wspomniał młodą niewolnicę, która wcześniej także służyła w domu Cycerona. Ujrzał ją po raz pierwszy, gdy była niemal dzieckiem. Przypłynęła z transportem rzeźb, które Attyk, przyjaciel Cycerona, zakupił dla ozdobienia jego biblioteki. Była zagubiona i przestraszona, gdy ją i innych niewolników niczym bydło pędzono ulicami Rzymu do domus Cycerona na Palatynie. Achnos zaopiekował się nią jak młodszą siostrą, lecz nim się obejrzał, Chloe zaczęła przeobrażać się w kobietę – na jego oczach nabierała kształtów, które rozpaliłyby zmysły każdego mężczyzny. Krew w żyłach Achnosa przyspieszała na myśl, że Cyceron w każdej chwili mógł nakazać jej zaspokojenie jego żądz, lecz staremu politykowi przyjemności cielesne nie były już w głowie. Rychło Achnos przestał być dla Chloe opiekunem i bratem, a stał się kochankiem. Tłumił podniecenie, gdy nachylona nabierała wody z domowej studni albo na klęczkach myła posadzki, zalotnie nań spozierając. Przy każdej okazji wymykali się na chwilę, by w jednym z pomieszczeń na strychu lub w ciemnej piwnicy spleść się w miłosnym uścisku. Te chwile zapomnienia w ramionach Chloe czyniły jego niewolnicze życie znośnym. Czy Cyceron o tym wiedział? Nawet jeżeli, to udawał, że nie.
Polityk coraz częściej wyjeżdżał z Rzymu, zabierając ze sobą Achnosa, natomiast Chloe zostawała w domu na Palatynie. Okresy rozłąki były dłuższe i dłuższe, aż wreszcie po śmierci Juliusza Cezara Cyceron wyjechał z Miasta na stałe. Odtąd Achnos dzień i noc myślał tylko o tym, jak znów się z nią połączyć.
Z sypialni Cycerona zaczęło dochodzić ciche pochrapywanie.
„Musisz zdobyć wolność!” Głos rozsądku ponownie przypomniał o sobie. „Tylko tak będziesz mieć pewność, że ciebie i Chloe nikt już nie rozdzieli!”
Niechże ten głos zamilknie! Achnos zwinął się w kłębek na swym posłaniu i zakrył uszy dłońmi, jakby miało to w czymś pomóc.
„Wiesz, że Cyceron nigdy cię nie wyzwoli!”
„Milcz! Nie możesz zrobić krzywdy swemu panu!”
„On już i tak stoi nad grobem! Nie myśl już o nim! Choć raz zadbaj o siebie i o Chloe!”
Gdzieś w ogrodzie w koronie drzewa usiadła sowa i zaczęła pohukiwać w równych odstępach czasu.
Kilka dni wcześniej posłańcy z Rzymu przynieśli do willi Cycerona w Tusculum plotki o represjach, jakim triumwirowie przybywający do Miasta planują poddać wszystkich przeciwników, i o nagradzaniu ich niewolników za donoszenie na swoich panów. Choć Achnos o polityce nie wiedział zbyt wiele, zdawał sobie sprawę, że Cyceron był wśród tych, przeciwko którym represje miały być skierowane. Nie przypadkiem od jakiegoś czasu przemieszczał się wraz z najzaufańszymi niewolnikami między willami swoimi i przyjaciół, nigdzie nie zabawiając zbyt długo. O tym zaś, dokąd zmierzają, udając się ponownie w drogę, informował służbę dopiero, gdy już znaleźli się za bramą. Achnos nie miał pojęcia o polityce, ale zorientował się, że Cyceron zaczął obawiać się o swoje bezpieczeństwo.
„A gdyby skorzystać z okazji?” Niewolnicza lojalność wobec pana walczyła jeszcze z pragnieniem zapewnienia wolności sobie i ukochanej, ale w pojedynku serca z rozumem szala zaczęła się przechylać na stronę tego drugiego. Czasu było niewiele. Ponoć Cyceron znów nakazał niewolnikom szykować się do drogi. Niedawno zaś w wielkiej tajemnicy spotkał się z bratem, Kwintusem. Achnos widział, że długo o czymś dyskutowali.
Znów usłyszał chrapanie. Cyceron sen miał niespokojny, jakby nawet w nocy dręczyły go troski, przed którymi umykał za dnia.
„Jesteś, panie, już stary…” Achnos uspokajał własne sumienie.
„Bogowie nieśmiertelni i tak niebawem wezwą cię przed swoje oblicze, a przed Chloe i przede mną jeszcze całe życie! Życie, które możemy przeżyć w szczęściu!”
„Zabij go! Teraz! Dostaniesz nagrodę!” – krzyczał rozsądek.
„Nie zrobisz tego! Nie jesteś mordercą” – odpowiadało serce.
„Głupiś! To chociaż go wydaj triumwirom! Ręce zachowasz czyste, a złoto i wolność będą twoje!”
Podjął decyzję.
– Wybacz, panie! – wyszeptał i chwilę potem zasnął.

Dwa dni później w środku nocy kilku mężczyzn przemierzało ulice Rzymu. Starali się przejechać przez pogrążone w mroku Miasto niezauważeni. Naoliwili też osie wozu, by jak najmniej skrzypiały. Niekiedy jakaś postać okutana w grubą opończę przemykała pospiesznie, przyświecając sobie drogę kagankiem, latarnią lub zwykłą pochodnią. Z mrocznych zaułków i bram dochodziły co chwila złowrogie odgłosy: jęki poturbowanego nieszczęśnika, krzyki rodziny, którą właśnie włamywacze obrabowywali ze skromnego dobytku, żałosne zawodzenie kobiety zgwałconej pod nieobecność męża wcielonego do armii.
– Myślisz, ojcze, że zdążyliśmy przed nimi? – spytał jeden z podróżnych, Publiusz.
– Synu, gdyby oni dotarli wcześniej, na przedpolach Rzymu zastalibyśmy już trzy wojskowe obozy – odparł drugi, Kwintus.
– Jeżeli się mylisz, to właśnie wchodzimy do klatki, w której trzy głodne lwy czekają na posiłek.
– Bądźmy dobrej myśli, synu. Wiem tylko, że każdy z nich zmierzał do Rzymu oddzielnie i także oddzielnie miał przekroczyć jego mury. Teraz najważniejsze, by bezpiecznie dotrzeć do domu mojego brata. Musimy być ostrożni. Zamiast się zamartwiać, miej oczy szeroko otwarte!
– Ufam w twoją mądrość, ojcze.
– Cicho! – Kwintus położył dłoń na ustach syna. Wóz się zatrzymał. Z oddali dobiegł ich stukot kroków oddziału żołnierzy, który rozpoznali po równym, marszowym rytmie. Ledwie ucichł, z innej strony rozległy się wrzaski kobiet i dzieci oraz odgłosy walki w jednym z domów.
Wóz ruszył.
– Znów kogoś rabują – szepnął Publiusz.

– To miasto po zachodzie słońca nigdy nie było bezpieczne, ale to, co się dzieje od czasu zamordowania Cezara, przechodzi ludzkie pojęcie! Czasem dziwię się, dlaczego ludzie jeszcze nie wynieśli się z Rzymu, do spokojniejszej okolicy!
Mężczyźni na wozie zmierzali już w milczeniu w stronę Forum, od czasu do czasu popędzając zmęczone muły. Tam musieli zwolnić. Plac zagracały materiały budowlane: sterty cegieł i desek, pryzmy piasku, niezliczone kolumny położone na bruku niczym pnie drzew powalonych przez wicher, rzeźbione architrawy i fryzy, płaskie kamienne płyty ustawione jedna na drugiej. W świetle księżyca mogli dostrzec zarysy murów nowej kurii senatu. Jej wzniesienie nakazał Cezar, lecz wraz z jego śmiercią prace zostały wstrzymane. Nagie ceglane ściany pokryte rusztowaniami wznosiły się wysoko, niemal równając się ze szczytem świątyni Saturna po drugiej stronie Forum.
Potworny smród rozkładu uderzył ich w nozdrza.
– Bogowie! – westchnął Kwintus. – Dziękuję wam, że w mroku nocy nie musimy oglądać naszych martwych przyjaciół tak okrutnie zbezczeszczonych!
– Ci, którzy się tego dopuścili, kiedyś za to zapłacą. Klnę się na Furie!
– rzekł wzburzony jego syn.
Nie odwracając głowy ku Rostrom, skąd dochodziła obrzydliwa woń, popędzili muły w stronę Palatynu. Zatrzymali się przed domem Marka Tuliusza Cycerona. Zastukali kołatką. Przestraszeni niewolnicy wpuścili ich w milczeniu. Drzwi się za nimi zatrzasnęły, a wzgórze pełne starych patrycjuszowskich rezydencji znowu spowiła nocna cisza.
– Panie, czy twój brat zdrów i cały? – Niewolnik, który otwarł drzwi, padł do stóp Kwintusa i objął go za kolana. – Wszyscy martwimy się o naszego pana! Grozi mu wielkie niebezpieczeństwo!
– Wszystko dobrze. Niebawem odpłynie w bezpieczne miejsce. A ja i mój syn wraz nim.
Niewolnik Cycerona podniósł się.
– Panie, po co tu przyjechałeś? – spytał zatroskany. – Kto może, ucieka z tego przeklętego przez bogów miejsca!
– Mój brat zmierza do Kasjusza i Brutusa w Achai i potrzebuje pieniędzy. Nie zostawi całego swojego skarbca na pastwę triumwirów. Musimy zabrać i dostarczyć mu jego złoto, nim oni po nie przyjadą – rzekł Kwintus, zrzucając z obrzydzeniem burą opończę i brudną tunikę. – Daj nam świeże ubranie! – rozkazał niewolnikowi. Ten natychmiast popędził do garderoby swego pana. Po chwili był z powrotem.
– Pieniędzy? – Pokręcił głową, wręczając czyste ubrania Kwintusowi i jego synowi. – Panie, nie słyszałeś o nowym zarządzeniu? Kilka dni temu Antoniusz, Oktawian i Lepidus przysłali do Rzymu centuriona z listą obywateli wyjętych spod prawa, którą wywieszono na Forum! Każdy ma obowiązek zabić ludzi na niej figurujących! Im znamienitszy ród, poważanie, bogactwo lub znaczenie, tym większe ryzyko odnalezienia swego imienia wśród proskrybowanych.
– Wiem… – odparł Kwintus, narzucając na siebie pachnącą czystością tunikę Marka. – Ci trzej uzurpatorzy już przyjechali?
– Nie, panie. Mają przybyć w najbliższych dniach. Ponoć Oktawian pierwszy stanie u bram Miasta. Lepidus i Antoniusz dołączą do niego potem.
– Kto teraz faktycznie kontroluje Miasto?
– Nikt dokładnie nie wie, ale Fulwia, żona Marka Antoniusza, o wszystkim mu donosi.
– Wredna, oby sczezła – warknął Publiusz.
– Zazwyczaj nie życzę źle kobietom, ale w przypadku tej jednej zrobię wyjątek – pokiwał głową Kwintus, po czym zwrócił się do niewolnika: – A kto pilnuje interesów Oktawiana?
– Mówią, że jego siostra Oktawia śle mu raporty o tym, co się dzieje w Mieście.
Kwintus był już przebrany.
– Mamy mało czasu – powiedział do syna. – Najlepiej uczynimy, wymykając się jutro z Rzymu, gdy wszyscy będą zajęci oczekiwaniem na tego nadętego młokosa! – Znów zwrócił się do niewolnika. – Kto jest na listach proskrypcyjnych?
– Domine! Łatwiej wymienić, kogo na nich nie ma! – Sługa złapał się za głowę. – Słyszałem o wiekowym Warronie, który zwrócił uwagę Antoniusza swoim majątkiem, i o kilku Koponiuszach, których Oktawian umieścił na liście z podszeptu Plankusa – wyliczał niewolnik. – Hirrusa zgubiły jego dochodowe stawy rybne, Werresa – majątek zdobyty, gdy był namiestnikiem prowincji. Ponoć wyrok wydano na Stacjusza, Fudustiusza i Kalidusa… Łącznie prawie trzysta osób!
– Kalidusa? Toż on już od dawna tylko wiersze pisze! Cóż mu zarzucono? – zdziwił się Kwintus.
– Pewnie zwrócił uwagę triumwirów swoimi wielkimi włościami w Afryce… – rzucił Publiusz.
– A nie mówiłem? – uniósł się Kwintus. – Oktawian, Lepidus i Antoniusz postępują jak banda zwykłych zbirów! Twierdzą, że wymierzają sprawiedliwość tym, którzy przyczynili się do zabicia Cezara, ale w rzeczywistości bezwzględnie mordują swych przeciwników, przy okazji zgarniając ich majątek.
– Potrzebują pieniędzy na utrzymanie armii, ojcze – rzekł Publiusz.

– I załatwiają własne porachunki… – westchnął Kwintus. – Ach, gdyby Marek nie miał tak ciętego języka, może nie musielibyśmy się teraz obawiać. Mój brat ściągnie na nas nieszczęście.
W odróżnieniu od swego brata, Marka, Kwintus nie wdawał się w polityczne awantury. Nigdy nie ubiegał się o najwyższą rzymską godność
– o konsulat. Nie uważał też, by jego przeznaczeniem było ratowanie republiki. Jednakże jawne wsparcie udzielone przez Marka zabójcom Cezara – Brutusowi i Kasjuszowi, czyniło sytuację wszystkich Tuliuszów nader niebezpieczną. Obaj republikanie byli daleko, a realną władzę w Rzymie sprawowali ci, którzy mienili się spadkobiercami dyktatora. Wszyscy, którzy wcześniej opowiedzieli się po stronie Brutusa i Kasjusza, byli teraz zagrożeni. W każdej chwili ich głowy mogły zostać zatknięte na włóczniach na Rostrach, obok innych stronników Brutusa i Kasjusza.
Kwintus zwrócił się do niewolnika.
– Wyznaczono jakieś nagrody za wydanie proskrybowanych?
– O! tak, panie! – Sługa się ożywił. – I to wysokie!
– Jak bardzo?
– Sto tysięcy sestercji! – odparł niewolnik podekscytowany myślą o tej niewyobrażalnej fortunie.
– Dla każdego?
– Nie… – odparł niechętnie servus. – Gdy niewolnik wyda swego proskrybowanego pana, otrzyma tylko czterdzieści tysięcy i wolność…
– Tuliusze są na liście proskrypcyjnej? – spytał Publiusz.
– Tak, panie… – Niewolnik spuścił oczy. – Umieszczono na niej twojego ojca i stryja.
Młodzieniec chwycił rodzica za rękę.
– Musisz się ukryć! Jeżeli ktokolwiek się dowie, że jesteś w Rzymie, będziesz zgubiony!
– Nic nie rozumiesz! Jeżeli jesteśmy na liście skazanych, tym bardziej musimy ratować pieniądze. Domy, wille i insulae przepadną i przejdą na własność państwa. Tylko pieniądze pozwolą nam przetrwać. Bez nich znaczymy mniej niż byle przybłęda z Massali.
– Próbując je uratować, zginiesz tym pewniej! – Nie dawał za wygraną Publiusz.
– Nic mi nie grozi. Wśród wiernej familii mojego brata jestem bezpieczny. Weźmiemy skarbczyk Marka i dołączymy do niego w Achai. Tam odnajdziemy naszych, Kasjusza i Brutusa.
– W takim razie ja zajmę się pieniędzmi Marka, a ty się ukryj. Gdy odzyskam złoto, wspólnie wyjedziemy z Miasta!
Kwintus westchnął.
– Dobrze. Pospiesz się. Chcę wyruszyć jutro w nocy. Niewolnik przysłuchiwał się, kiwając głową.
– Ależ panie! Jak? – spytał trwożliwie. – Wszystkie bramy są strzeżone przez wojsko! Nawet mysz się nie prześlizgnie!
– Pilnuj lepiej domu, a o nas się nie martw. Skoro przechytrzyliśmy straże, dostając się do Miasta, zrobimy to ponownie, wyjeżdżając z niego tak, by nikt nas nie zauważył.
Sługa pokręcił głową z dezaprobatą.
– Będę się modlił, aby wam się powiodło, panie.
Mężczyźni udali się do izb sypialnych, by choć na chwilę się zdrzemnąć i nabrać sił po ciężkiej podróży. Nim jednak Kwintus zdążył przymknąć oczy, w świetle lampki oliwnej dostrzegł młodą kobietę, właściwie jeszcze dziewczynę, która zaglądała przez drzwi, lecz bała się wejść do sypialni.
– Kim jesteś? – spytał. Podniósł się i oparł na łokciach.
Pytanie rzucone przez brata pana domu tylko trochę ją ośmieliło, stanęła bowiem przed nim, ale nie ważyła się podnieść wzroku utkwionego w podłogę.
– Niewolnicą Marka Cycerona.
– Jak cię zwą?
– Chloe.
– Czego chcesz?
– Wybacz, panie, śmiałość. Przyszłam błagać cię o coś pokornie… Chciał ją wyrzucić, bo przecież nie powinien pozwolić, aby zwykła niewol-
nica przeszkadzała mu odpocząć przed kolejnym trudnym i pełnym niebezpieczeństw dniem. Coś go jednak powstrzymało. Jej pełen nieszczęścia głos i delikatne dłonie, których drżenia nie była w stanie opanować, wyciągnięte przed siebie, jakby składała ofiarę bóstwu, sprawiły, że zlitował się nad nią.
– Mów! – rozkazał.
– Czy widziałeś przy moim panie Achnosa, jego niewolnika? – spytała. Kwintus zmarszczył brwi.
– Jak wygląda?
– Wysoki i barczysty, ma śniadą cerę i bliznę na policzku – wyjaśniła szybko.
– Pamiętam. Był taki.
– Jest cały i zdrów?
– Nie wiem – wzruszył ramionami. – Chyba tak.
– Jestem taka szczęśliwa! – Dopadła do łoża i przycisnęła usta do jego dłoni.
Skinął głową, dając jej znak, by zostawiła go samego.

O świcie przed jednym z domów na Palatynie, należącym do senatora Liguriusza, stanął niewielki oddział legionistów.
– W imieniu triumwirów! Otwierać! – krzyknął dowódca, Popiliusz Lenas, uzbrojony po zęby, jakby właśnie wrócił z wojny.
Wrota rezydencji pozostały jednak zamknięte na głucho. Centurion załomotał w nie ponownie, ale znów bezskutecznie.
– Wyłamać je! – rozkazał swoim ludziom. Żołnierze chwycili łomy i wyważyli ciężkie, drewniane skrzydła ozdobione brązowymi guzami i kołatką o fallicznym kształcie. Gdy padały z hukiem na posadzkę, z wnętrza dobiegł wrzask niewolników. W atrium, przy baseniku, stała grupka kobiet i mężczyzn w szarych tunikach.
– Gdzie wasz pan? Gdzie Liguriusz? – spytał Popiliusz, wchodząc po leżących na ziemi odrzwiach.
Starsza wiekiem matrona dumnie stanęła przed swą służbą. Odziana była w ciemną, żałobną suknię do kostek i chustę okrywającą włosy. Twarz miała zaciętą i wyniosłą, ale drżenie dłoni zdradzało lęk przed nadchodzącym losem.
– Mój mąż wyjechał. Nie znajdziecie go tu.
– Gdzie jest?
– Wypoczywa w Ancjum.
– W listopadzie? – zadrwił Popiliusz.
– Nie tobie oceniać, jaka pora jest najlepsza na wypoczynek – odparła sucho patrycjuszka.
Centurion odwrócił się do swoich i krzyknął:
– Przeszukać dom! Musi tu gdzieś być!
Żołnierze natychmiast rozbiegli się po rezydencji. Zaglądali do każdego pomieszczenia, otwierali szafy i skrzynie. Zeszli do piwnicy i przeszukali nawet cysternę na wodę pod atrium.
– Jest! Mam go! – Rozległ się triumfalny okrzyk dochodzący z kwater niewolników. Kobieta pobladła. Niewolnicy spojrzeli po sobie z przestrachem. Po chwili żołnierz przyprowadził do atrium starszego mężczyznę – bosego, odzianego jedynie w luźną lnianą tunikę.
– Głupek, schował się w schowku na pranie! – zarechotał legionista, wywołując salwę śmiechu swych towarzyszy.
Gdy stary patrycjusz stanął przed centurionem, ten wyrecytował formułkę, którą znał już na pamięć:
– Decyzją Marka Antoniusza, Emiliusza Lepidusa i Gajusza Juliusza Oktawiana Cezara za przyczynienie się do zamordowania dyktatora Gajusza Juliusza Cezara zostałeś skazany na śmierć. Każdy, kto sprzeciwi się wykonaniu wyroku, będzie potraktowany jak winny tej samej zbrodni, którą tobie zarzucono, i tak dalej, i tak dalej… No! Miejmy to za sobą! Gotuj się na spotkanie z przodkami!
Służba uderzyła w płacz. Kobieta skryła twarz w dłoniach, a zaraz potem chciała podejść do męża, aby go objąć, jednak legioniści trzymający Liguriusza mieczami zagrodzili jej przejście.
– Wyrok wykonać! – rozkazał Popiliusz.
– Bądź dzielna! – wyszeptał drżącym głosem senator, patrząc na żonę. Ledwie to rzekł, jeden z żołnierzy zamachnął się i zdecydowanym ruchem odrąbał mu głowę. Potoczyła się po kamiennej mozaice jak ciężka piłka i wpadła z pluskiem do impluvium, zabarwiając wodę na czerwono. Atrium wypełniły jęki wdowy i szloch służby.
– Masz czas do południa, aby opuścić dom – powiedział centurion do rozpaczającej kobiety i schylił się po głowę Liguriusza. Chwycił ją za włosy, a wyciekająca z szyi krew utworzyła na mozaice szkarłatną plamę. – Możesz zabrać tylko rzeczy osobiste. Dom, służba i wszystko, co cenne, stanowi odtąd własność państwa i będzie wystawione na licytację.
– Bądź przeklęty! – krzyknęła patrycjuszka, wygrażając mu zaciśniętymi pięściami.
Popatrzył na nią chłodno.
– Domina, nawet nie domyślasz się, ile razy usłyszę dzisiaj te słowa…
– odparł i kołysząc na boki trzymaną za włosy głową senatora, żołnierskim krokiem wymaszerował na ulicę, zostawiając za sobą krwawy ślad posoki wypływającej z odrąbanego czerepu.

Godzinę później, gdy ulice Palatynu przemierzały już setki niewolników wysłanych przez swych panów na miejskie targi, żołnierze stanęli przed domem należącym do senatora Stacjusza. Tym razem nie musieli wyważać drzwi – były otwarte na oścież. Popiliusz wszedł do chłodnego westybulu, którego ściany zdobiły freski przedstawiające boskich bliźniaków – Kastora i Polluksa. Przez otwór w dachu atrium wpadały dopiero pierwsze promienie słońca, więc wnętrze wciąż jeszcze tonęło w mroku. Ścian starej rezydencji nie oświetlała ani jedna lampka, ani jeden kaganek. Rozejrzał się – domus była pusta. Wyniesiono z niej wszystkie kandelabry, skrzynie, krzesła, kredensy, kamienne ławy, posągi. Z przejść między pomieszczeniami zdjęto zasłony, usunięto drewniane parawany, a nawet zdemontowano ozdobne drzwi.
– Przeszukajcie dom – warknął centurion do stojących za nim podwładnych. Żołnierze ruszyli w głąb rezydencji, lecz po chwili jeden z nich podbiegł do swego dowódcy.
Basen w atrium umieszczony pod prostokątnym otworem w dachu, przeznaczony do zbierania deszczówki.

– Jest w ogródku – rzekł.
Popiliusz ruszył przed siebie, minął atrium, na którego ścianach freski o żywych, krzykliwych wręcz barwach były ledwie widoczne w słabym świetle wstającego dnia. Przemaszerował przez puste tablinum, gdzie w miejscu ciężkiego marmurowego stołu, przy którym kiedyś zapewne pan domu miał zwyczaj pracować, dostrzegł jedynie ślad w postaci nadkruszonych kamyczków mozaiki. Przeszedł do perystylu wypełnionego przystrzyżonymi bukszpanami, między którymi wysypano biały żwirek. Na środku na postumencie pysznił się krater z miodowego alabastru z wyrzeźbionymi uchami na kształt wielokrotnie zwiniętych węży. Słońce padało na powierzchnię delikatnego naczynia, a ostre, jesienne promienie przenikały cienkie ścianki, sprawiając, że krater zdawał się jarzyć żywym ogniem. Obok postumentu centurion ujrzał Stacjusza. Siedział na krześle z przymkniętymi oczami, wystawiając na słońce pooraną zmarszczkami twarz, jakby delektował się jego ciepłem.
– Co robisz? – spytał senatora.
– Czekam na was – odparł tamten, nie otwierając oczu.
– Więc wiesz, po co przychodzimy.
– Tak – brzmiała spokojna odpowiedź.
– Dom jest pusty. Chciałeś uciec?
– Nie.
– Gdzie niewolnicy? Czemu dom jest otwarty?
– Wczoraj dałem wszystkim wolność.
– Cooo? – Popiliusz był pewien, że się przesłyszał.
– Wyzwoliłem ich. Nie będą mi już potrzebni. Skoro tych trzech drani chce mojej śmierci, niech chociaż ci nieszczęśnicy, którzy całe życie wiernie mi służyli, mają z tego jakiś pożytek.
– Gdzie ukryłeś dobytek? – warknął centurion. – Należy do państwa!
– Państwo nic nie dostanie po mojej śmierci – odparł spokojnie Stacjusz. – Wszystko oddałem ubogim. Zaprosiłem wczoraj biedotę Subury i Awentynu, by każdy wybrał dla siebie to, co mu akurat najbardziej potrzebne. Tylko tej piękności nie potrafiłem oddać. – Wstał z krzesła i objął krater. – Dostałem ją od dziadka. Żadne obce dłonie nie są godne, by dotknąć jej szlachetnych kształtów.
– Należy do Oktawiana, Antoniusza i Lepidusa!
– Oni nic po mnie nie dostaną! Żegnaj, kochana! – I Stacjusz jednym ruchem zepchnął piękne naczynie z postumentu. Spadło na kamienne płyty i na oczach osłupiałych żołnierzy rozprysło się na tysiąc kawałków.
– Jesteś szalony! – krzyknął Popiliusz.

– Skoro tak uważasz… – odparł spokojnie Stacjusz. – Wiem, co mnie czeka. Czy wyświadczysz mi ostatnią przysługę?
– Mów! – wyjąkał zdezorientowany centurion.
– Chcę przed śmiercią pomodlić się w lararium do duchów moich przodków, by polecić im mą duszę.
Legionista wzruszył ramionami.
– Dobrze, poczekamy chwilę. Ale nie przeciągaj modlitw. Mamy jeszcze dzisiaj wiele domów do odwiedzenia.
– To nie potrwa długo. Zapewniam – odpowiedział Stacjusz. Odwrócił się i poczłapał alejką ku niewielkiemu pomieszczeniu przylegającemu do ogrodowego portyku. Popiliusz jeszcze przez chwilę słyszał, jak pod sandałami starca chrzęści biały żwirek.
– Pilnujcie go! – rzekł do stojących za nim żołnierzy i usiadł na krześle obok pustego postumentu.
Nagle usłyszał krzyki legionistów, którzy walili pięściami w drzwi la­ rarium, gdzie Stacjusz się zaryglował. Wciągnął powietrze i poczuł w nozdrzach ostry swąd.
– Otwieraj, starcze! – Żołnierze wciąż łomotali w drewniane skrzydła.
– Łom! Dajcie łom! – krzyknął centurion. Po chwili podbiegł jeden z jego podkomendnych z grubym, haczykowato zakończonym drągiem. Wyłamali drzwi, a wtedy czarny dym buchnął gęstą chmurą, która wypełniła przestrzeń ogrodu przeszywaną promieniami wstającego słońca. Żółte i czerwone jęzory ognia dobywające się z lararium lizały ściany i strop portyku. Mężczyźni odskoczyli i zaczęli kasłać. Nikt nawet nie próbował ratować nieszczęśnika.
– Dureń się podpalił! – Popiliusz był wściekły. – Co zatknę na Rostrach? Jego zwęgloną czaszkę? – Ze złości zaczął ciąć mieczem na oślep bukszpanowe klomby.
– Musiał wcześniej przygotować suche drewno i oliwę – rzekł legionista stojący najbliżej. – W środku wszystko płonie jak w piecu!
– Trudno. Nic nie poradzimy.
Dowódca jeszcze raz spojrzał w stronę kapliczki spowitej dymem.
– Zaraz cały dom się zajmie – rzekł.
– I sąsiednie również.
– Sąsiednie mnie nie obchodzą. Ich właściciele nie są na liście proskrybowanych. Ten miał być zlicytowany na sfinansowanie dodatkowego zaciągu do legionów Oktawiana. Gdy Oktawian się dowie, że na licytację są do wystawienia tylko zgliszcza, nie będzie zadowolony.
Jak się spodziewali, po chwili w płomieniach stał cały portyk perystylu. Czarny dym unosił się nad drewnianymi konstrukcjami dachów.

Z okolicznych domów zaczęły dochodzić krzyki przerażonych ludzi, którzy obawiali się stracić w ogniu swój dobytek.
– Nic tu po nas – powiedział Popiliusz, cofając się do atrium opustoszałej rezydencji, i wraz z żołnierzami szybko wyszedł na ulicę. – Czas na kolejnych skazańców.

Krótko potem żołnierze załomotali do bramy domu Marka Tuliusza Cycerona na Palatynie.
– W imieniu triumwirów! Otwierać! – krzyknął Popiliusz. W drzwiach stanął młody człowiek.
– Ktoś ty? – wrzasnął nań legionista.
– Publiusz, syn Kwintusa Tuliusza Cycerona.
– Szukam twojego ojca!
– Tu go nie ma.
– Gdzie jest?
– W Arpinum, w domu rodzinnym – odparł Publiusz.
– Kłamiesz! – huknął. – Wiem, że obaj przyjechaliście w nocy!
– Nieprawda. Jestem sam.
Centurion odepchnął go i wszedł do westybulu. Za nim ruszyli jego podwładni i zaczęli przetrząsać każdy zakamarek domu na oczach przestraszonej służby. W tym czasie dowódca stał przed zdenerwowanym Publiuszem.
– Chłopcze, myślałeś, że gdy zamaskowani przejedziecie przez bramy Miasta, nikt was nie rozpozna? O tym, że będziecie próbowali się przedostać w obręb murów, uprzedzono mnie wcześniej. Wszystkim strażom polecono wypatrywać ludzi wpisanych na listę proskrypcyjną. Dlatego nawet nie próbuj mnie zwodzić.
– Nic nie wiem.
– Wiesz, wiesz… – zaśmiał się Popiliusz. – Mam dobre i sprawdzone źródła informacji wśród służby Marka.
– Bardziej wierzysz niewolnikowi niż bratankowi byłego konsula?
– Twój stryj też znalazł się na liście proskrybowanych, więc lepiej się na niego nie powołuj, synku – odparł protekcjonalnie centurion. – Gadaj lepiej, gdzie twój ojczulek!
– Już mówiłem: nie wiem. A jeżeli jesteś taki pewien swoich informatorów, czemu ich nie spytasz?
– Tracisz mój czas – westchnął Popiliusz. Skinął ręką na jednego z żołnierzy węszących po domu. – Zwołaj całą służbę! – rozkazał mu. Po chwili atrium wypełniła grupka kilkunastu sług: kobiet i mężczyzn w różnym wieku. Na moment wzrok dowódcy padł na Chloe, która przykuła jego uwagę swą urodą. Gdyby nie to, że musiał tego dnia odwiedzić

jeszcze wiele domów, może zaciągnąłby ją do którejś z izdebek, by ulżyć swym lędźwiom. Nie miał jednak czasu, szybko skupił się na zadaniu.
– Na kolana! – warknął do Publiusza, a gdy ten pochylił szyję, centurion zwrócił się do niewolników: – Skoro ojciec się ukrywa, zatknę na Rostrach głowę syna!
Młodzieniec zacisnął zęby i hardo spojrzał na swego oprawcę.
– Zginę, ale nie zdradzę tego, który dał mi życie!
– Jak wolisz… – odparł Popiliusz. Dobył powoli miecz z pochwy i zamachnął się nim.
– Nie!!! – jęknęła stara zgarbiona niewolnica i skryła pomarszczoną twarz w dłoniach.
Popiliusz w ostatniej chwili zatrzymał ostrze. Opuścił miecz i z triumfalnym uśmiechem na twarzy podszedł do staruszki. Schwycił ją za podbródek, zmuszając, by spojrzała mu w oczy.
– Zależy ci na nim… kim jesteś? Jego mamką? Niewolnica milczała, a po jej policzkach popłynęły łzy.
– Gdzie Kwintus, brat Marka Cycerona? – nalegał centurion.
– Nie powiem. Nie mogę.
– Nawet jeśli cię okaleczą?
– Nawet wtedy, panie. Popiliusz zamyślił się.
– Mam lepszy sposób.
Ostrzem miecza wskazał na klęczącego Publiusza.
– Jeżeli ci na nim zależy, pójdziesz teraz do Kwintusa i powiesz mu, że albo wezmę życie jego, albo jego syna. Wybór należy do niego.
Podszedł do młodzieńca, złapał jego dłoń i odciął mu mieczem palec z sygnetem. Publiusz wrzasnął, ale zaraz mężnie zacisnął zęby.
– Ojczulkowi zaniesiesz to! – Popiliusz podał niewolnicy zakrwawioną kończynę. – Niech wie, że nie żartuję. – Kiwnął głową na znak, by ruszyła.
– Stój, nigdzie nie idź! – wycedził Publiusz.
– Muszę… – odparła niewolnica i podpierając się laską, wyszła przez otwarte drzwi na ulicę. Popiliusz usiadł na kamiennej ławce przed klęczącym na posadzce młodzieńcem i niewolnikami.
– Teraz wystarczy poczekać – rzekł z uśmiechem.
Niewolnicy przestępowali z niepokojem z nogi na nogę, zastanawiając się, który z nich zdradził rodzinę swego pana i doniósł żołnierzom triumwirów o przybyciu Kwintusa i jego syna do Miasta. Popiliusz dał chwilę wcześniej znak, że chce się napić, i teraz sączył wyborne falernum z piwniczki sławnego oratora i konsula. Wreszcie w westybulu ukazał się Kwintus Cyceron.
– Masz mnie. Uwolnij mojego syna – powiedział, stając przed centurionem.

Popiliusz podniósł się z ławki i podszedł do klęczącego.
– Jesteś oskarżony o pomaganie w ukrywaniu się osobie wyjętej spod prawa! – powiedział i pchnął Publiusza mieczem prosto w brzuch. Stara mamka, która chciała uratować młodzieńca, zaczęła szlochać. Chloe skryła twarz w dłoniach. Inni niewolnicy patrzyli przerażeni na los rodziny swego pana.
Kwintus wydał z siebie zduszony jęk i chciał podbiec do syna, lecz żołnierze go przytrzymali.
– Miałeś puścić go wolno, kłamco! – zawołał oskarżycielsko.
– Niepotrzebnie marnotrawiłeś mój czas – odparł centurion. Żołnierze zmusili Kwintusa do klęknięcia i pochylenia się. – Zatkniemy dwie głowy na Rostrach, zamiast jednej!
Chwilę potem maszerowali uliczkami Palatynu w dół, ku Via Sacra i Forum, by na świętej mównicy przed nowo powstającym budynkiem senatu umieścić na włóczniach świeże makabryczne trofea. Następnie wyruszyli do Formiae, by zakończyć życie Marka Tuliusza Cycerona.

W Rzymie gruchnęła wieść, że konsul Gajusz Oktawian, noszący po przybranym ojcu przydomek Cezar, wjeżdża do Miasta na czele oddziału pretorianów. Ludzie wylegli na ulice, którymi miał przejechać do swego domu w części Palatynu zwanej Wolimi Głowami. Było południe, ale z powodu ołowianych chmur przetaczających się nad Miastem dzień był ciemny i ponury, jakby same niebiosa chciały przestrzec wszystkich pospołu, że nic dobrego z tego przyjazdu nie wyniknie. Tłumy czekały więc nań w milczeniu i bez okazywania radości.
Wśród zgromadzonych były trzy kobiety: Alfidia, Liwia i Skrybonia, w otoczeniu kilku niewolników, których zadaniem było chronić szlachetne patrycjuszki przed natarczywością tłumu. Wypatrywały mężczyzny
– ledwie dwudziestoletniego młodzieńca, który przybywał jako jeden z trzech nowych panów Rzymu. Jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej napotkany na ulicy przechodzień niewiele byłby w stanie powiedzieć o nim ponad to, że hołubił go wuj – Gajusz Juliusz Cezar.
Czujne ucho Liwii wyłapywało urywki zdań wypowiadanych przez ludzi dokoła:
– Podobno Oktawian, Antoniusz i Lepidus zawarli porozumienie!
Zjednoczyli się przeciw Kasjuszowi i Brutusowi!
– Też słyszałem! Dziedzice Cezara przeciwko jego zabójcom, a zarazem obrońcom republiki!
– Wszyscy są jednako siebie warci!
– Nazwali się triumwirami – „trzema mężami do odnowy rzeczypospolitej”!
– Raczej trójzbirami! Ha, ha, ha!
– Teraz przybywają do Rzymu, żeby senat potwierdził ich władzę, którą już nam narzucili!
– Wolne żarty! Czy to, co zostało w Rzymie, można jeszcze nazwać senatem? Ci z senatorów, którzy mogli, już dawno wyjechali za Brutusem i Kasjuszem lub po prostu uciekli z Miasta! Albo nie żyją.
– Dobrze mówisz!
– Oni wcale nie przyjeżdżają do Rzymu po potwierdzenie swej władzy, tylko by odebrać pieniądze skonfiskowane przeciwnikom!
– Racja! Muszą przecież z czegoś opłacić żołnierzy!
– Oktawian, który najwięcej obiecał, najwięcej też musi teraz zagarnąć!
Oktawian. Liwia tyle o nim słyszała! Na podstawie krążących po Mieście opowieści o nieustępliwym wodzu, który rzucił wyzwanie największym rodom Rzymu, wyobrażała go sobie jako potężnego mężczyznę o ramionach niczym Herkules, gniewnym spojrzeniu i władczym głosie, samym swym wyglądem zdolnego do podporządkowania sobie dziesiątków tysięcy żołnierzy.
– Widziałaś go kiedyś? – spytała matkę.
– Dawno temu, jeszcze gdy Cezar żył. Spełniał wtedy ofiary jako pon­ tifex maximus.
– Jak zdobył tę ważną funkcję w tak młodym wieku?
– Decyzją Cezara.
– To Cezar mógł tak zdecydować?
– Drogie dziecko, on mógł wtedy wszystko…
Nim Cezar umarł od ciosów zadanych mu przez spiskowców w kurii Pompejusza, wnuk jego siostry Oktawian nie wyróżniał się ani ambicją, ani zdolnościami, ani nawet nie wygłosił żadnej znaczącej mowy, która zapadłaby w pamięć potomnych. A jednak z jakiegoś powodu zwrócił na siebie uwagę Cezara, który ku zaskoczeniu wszystkich, a największym chyba samego Oktawiana, adoptował go i wyznaczył w testamencie na swego dziedzica.
Wreszcie tłum zafalował. „Jedzie!” rozbrzmiewało ze wszystkich stron. Istotnie, z oddali było słychać stukot końskich kopyt na bazaltowych płytach ulicy, a zaraz potem rytmiczny krok podkutych żelazem butów oddziału legionistów. Liwia stanęła na palcach, aby lepiej widzieć. Po chwili ponad głowami mieszkańców Miasta dojrzała jadącego na koniu młodzieńca – miał płowe włosy z kędziorami opadającymi na czoło, jasną cerę i kamienny wyraz twarzy. Był szczupły, by nie rzec – chuderlawy. Jego wątłej budowy nie był w stanie zamaskować nawet pancerz z grubej, mocno wyprawionej skóry, okrywający mu tors niczym u prostych żołnierzy, którymi dowodził. Z zaskoczenia otwarła usta.
– Przypatrz się, córko. – Alfidia ścisnęła dłoń Liwii. – Od tego człowieka zależy los twojego ojca, twój i całej naszej rodziny! Jeżeli on, Antoniusz i Lepidus wygrają wojnę, my będziemy zgubieni…
– Nie wygląda groźnie… – szepnęła Liwia.
– Wszyscy tak myśleli. I wszystkich zwiódł – powiedziała Skrybonia.
Kiedy jeździec na koniu mijał Alfidię, Liwię i jej przyjaciółkę, nawet nie zauważywszy ich w tłumie, matka schwyciła nagle córkę za rękę i czy to natchniona przez bogów wizją ponurej przyszłości, czy wiedziona zwykłym przeczuciem, rzekła:
– Skarbie mój! Obiecaj mi!
– Wszystko, co każesz! – odparła Liwia.
– Przyrzeknij, że cokolwiek się wydarzy, cokolwiek zrobią triumwirowie i cokolwiek przydarzy się twojemu ojcu i mnie, uczynisz wszystko, by przetrwać! Nasz ród nie może zginąć!
Liwia spojrzała na nią zaskoczona tymi nieoczekiwanymi słowami.
– Przyrzekam! – odpowiedziała.
Skrybonia zaś objęła ją troskliwie ramieniem.

O poranku następnego dnia uzbrojeni żołnierze zaczęli chodzić po Rzymie i siłą wyciągać z domów ich właścicieli. Centurioni uderzali rękojeścią mieczy w drzwi.
– Wychodzić! Wszyscy wychodzić! – wołali. – Nadzwyczajne zgromadzenie obywateli! Wszyscy obywatele na Forum!
Przez uchylone wrota lękliwie wyglądali niewolnicy, którzy najpierw sprawdzali przyczynę tego zamieszania, a potem powiadamiali swych panów o konieczności stawienia się na zgromadzeniu. Wnet wąskimi zaułkami Rzymu żołnierze pędzili przed sobą niczym woły na targ bydlęcy grupki mężczyzn w togach, niedbale narzuconych w wielkim pośpiechu. Byli wśród nich zarówno senatorowie, starzy patrycjusze, ekwici, a nawet plebejusze – wszyscy, którzy mieli prawo głosu.
„O co chodzi?” – szeptali między sobą ci, których nagle i bez żadnego uprzedzenia oderwano od codziennych obowiązków.
Forum zostało podzielone drewnianymi barierkami na zagrody, więc każdy, kto na nie wchodził, rozumiał od razu, że zaplanowano głosowanie. Stopniowo plac zapełniał się najpierw setkami, a potem tysiącami wolnych mężczyzn. Tłoczyli się między nowymi, jeszcze niewykończonymi Rostrami, surowymi murami kurii osłoniętymi rusztowaniami, placem budowy przed świątynią Wenus Rodzicielki na nowym forum Cezara, i wysokimi schodami świątyni Saturna. Cały plac pełen był gwaru coraz bardziej zniecierpliwionego tłumu. Wszystkie wejścia prowadzące na Forum obstawiono oddziałami żołnierzy pilnujących, by nikt nie opuścił zgromadzenia.
Wtem na mównicę, wokół której latały roje much przyciągniętych rozkładającymi się głowami ofiar proskrypcji, wszedł trybun ludowy Publiusz Tycjusz.
– Co ty wyprawiasz? Po co ta komedia? – Mężczyźni stojący najbliżej Rostrów zaczęli domagać się wyjaśnień.
Tycjusz milczał i tylko lękliwie rozglądał się dokoła. Wreszcie zobaczył wchodzących na trybunę triumwirów: Antoniusza, Oktawiana i Lepidusa. Nie mieli na sobie zwyczajowych tóg, lecz wojskowe pancerze. Przez tłum stłoczonych ludzi przetoczył się złowrogi pomruk, lecz triumwirowie zupełnie się tym nie przejęli – sprawiali wrażenie zadowolonych: rozdawali uśmiechy, pozdrawiali ludzi stojących u ich stóp.
– Zwołałem to nadzwyczajne zgromadzenie… – wyjąkał wreszcie Tycjusz, po czym spojrzał pytająco na triumwirów. Ci skinęli głowami, by zachęcić go do kontynuowania. – Zwołałem zgromadzenie! – krzyknął głośniej.
– Skandal! – Rozległo się buczenie. – Gdzie są projekty ustaw? Kto jest ich wnioskodawcą? Kto je popiera?
Tycjusz zaczął dłońmi uciszać niezadowolony tłum.
– Jako urzędujący trybun ludowy mam prawo zwoływania zgromadzeń i z tego prawa korzystam!
– Uuuuuuuu! – Usłyszał w odpowiedzi. Uśmiech znikł z twarzy Antoniusza, Oktawiana i Lepidusa. – Precz! Precz! Precz! – krzyczeli rytmicznie zebrani.
– Poddaję pod głosowanie projekt ustawy przyznającej nadzwyczajne kompetencje osobom pełniącym funkcję triumwirów! – kontynuował Tycjusz. Głos mu się załamywał, co chwila zerkał za siebie na stojących za nim trzech mężczyzn w wojskowych zbrojach. Buczenie na placu było coraz głośniejsze.
– W myśl projektu wszelkie czyny obywateli, a także każde działanie, a nawet każdy zamiar urzędników państwowych, z konsulami włącznie, ma być odtąd zgodny z postanowieniami triumwirów – wyrzucił z siebie purpurowy na twarzy Tycjusz, jakby był świadom, że taka ustawa oznacza faktyczne przyznanie uprawnień dyktatorskich trzem uzurpatorom.
– Hańba! Kpina! – rozlegało się z każdej strony. – Zabijacie republikę!
– Cisza! – krzyknął Tycjusz.
Marek Antoniusz skinął głową w stronę stojącego nieopodal centuriona. Ten wydał kilka komend, a żołnierze zabezpieczający dostęp do Forum zbliżyli się do tłumu u stóp Rostrów i zaczęli go kłuć swoimi mieczami. Kilka osób niegroźnie ranili, większość jednak zrozumiała, że to nie żarty, i nagle wszystkie głosy sprzeciwu czy oburzenia ucichły. Oktawian uśmiechnął się blado.
– Przejdziemy do głosowania – zarządził Tycjusz. – Centurioni wskażą każdemu odpowiednią bramkę zgodnie z jego tribus i odbiorą głos.
– Zaraz! A dyskusja!? A mowy za projektem i przeciw niemu? – padło z placu.
– Nie ma czasu na dyskusję. Spieszymy się! – odburknął Tycjusz.
– Ale to obraza świętego zgromadzenia! To obraza bogów! – krzyknął ktoś z tłumu.
Wtedy Oktawian podszedł do krawędzi Rostrów, chwycił za włosy jedną z gnijących głów osób proskrybowanych i rzucił w tłum. Brudną dłoń wytarł w swój płaszcz.
– Oto mowa za projektem! – krzyknął. – Kto z was chce, by jego głowa znalazła się na miejscu tej? – spytał głośno i potoczył wokół wzrokiem. Odpowiedziała mu cisza. – Tak myślałem. Głosujemy.
Tycjusz dał znak centurionom, by szybko zaprowadzili porządek i podzielili zebranych na odpowiednie tribus, w których głosowanie przeprowadzano oddzielnie. Pod czujnym okiem żołnierzy pilnujących, kto jak głosuje, ustawa została przyjęta prawie bez żadnych głosów sprzeciwu.

Tego dnia wieczorem, gdy cały dom już spał, Liwia wstała z łóżka i wyszła ze swego cubiculum. Boso przeszła do atrium, gdzie w rogu stała niewielka kapliczka. Po drodze zdjęła z kandelabru lampkę wiszącą na łańcuszku. Stanęła przed ołtarzykiem i przeniosła ogień z kaganka na świece ustawione przed posążkami tańczących larów. Położyła dłoń na piersi i zaczęła szeptać modlitwę. Na koniec powiedziała:
– Cokolwiek się zdarzy, dochowam przysięgi złożonej matce. Ród Liwiuszów przetrwa bez względu na cenę, jaką przyjdzie mi za to zapłacić!

Gdzie kupić?

IMPERIUM ROMANUM potrzebuje Twojego wsparcia!

Aby portal mógł istnieć i się rozwijać potrzebne jest finansowe wsparcie. Nawet najmniejsze kwoty pozwolą mi opłacić dalsze poprawki, ulepszenia na stronie oraz serwer. Wierzę w to, że będę mógł liczyć na szersze wsparcie, które pozwoli mi jeszcze bardziej poświęcić się mojej pracy i pasji, maksymalnie usprawniać stronę oraz ukazywać świat antycznych Rzymian w interesującej formie.

Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM!

Nowości ze świata antycznego Rzymu

Jeżeli chcesz być na bieżąco z nowościami na portalu oraz odkryciami ze świata antycznego Rzymu, zapisz się do newslettera.

Zapisz się do newslettera!

Księgarnia rzymska

Zapraszam do kupowania ciekawych książek poświęconych historii antycznego Rzymu i starożytności. Czytelnikom przysługuje rabat na wszelkie zakupy (hasło do rabatu: imperiumromanum).

Zajrzyj do księgarni

Raport o błędzie

Poniższy tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów